Polska vs. Australia – różnice i podobieństwa

Polska vs. Australia – różnice i podobieństwa

WSTĘP

Coś o opinii na początek.

Poniższy post, jak i wszystkie inne zawierają moją prywatną opinię na dany temat. Moja opinia nie jest ani lepsza, ani gorsza od Twojej (takie rozróżnienie nie istnieje). Moja opinia może być po prostu INNA niż Twoja.

Dlaczego o tym piszę? Zauważyłam, że jest pewna grupa odbiorców, którzy albo odbierają moje teksty bardzo personalnie, albo mają niepohamowaną potrzebę wyrzucenie z siebie pokładów negatywnych emocji, wynikających jak sądzę z niezadowolenia ze swojego życia.

Dlatego zanim napiszesz komentarz Pamiętaj, że na moim blogu nikt nikogo nie oczernia, nie ocenia, nie hejtuje. Każdy za to może wyrazić swoją, INNĄ (niż moją) opinie.

Buziaki 🙂

Czy Polska ma  w ogóle coś wspólnego z Australią?

Wiadomo, że pod wieloma oczywistymi względami Polska nigdy jak Australia nie będzie, ani Australia, jak Polska. Nie mamy palm (warszawska się nie liczy), ciepłego morza z rekinami (:P), niespotykanej nigdzie indziej fauny. Tu od razu napisze dla obrońców Polski, że oczywiście nasza ojczyzna też piękna, inna, bogata w historię, której w Australii zwyczajnie nie ma. A ta co była skrupulatnie jest zamiatana pod dywan. 

Z Australią mamy co nieco wspólnego. Modne stało się zdrowe jedzenie, bycie fit i męskie brody (tu niestety panowie przeczytali chyba tylko połowę artykułu pt. jak udawać Wikinga, bo sama broda to nie wszystko :D) . Obawiam się, że tutaj podobieństwa się kończą.

Różnica między Polską, a Australią której zapewne nigdy nie zmienimy.

Ciężko będzie dogonić Australię pod względem ekonomicznym. To pewne. Chyba, że rozwiniemy sektor edukacyjny. Dojąc studentów międzynarodowych jak krowy na łące, a w zamian dając im niski poziom edukacji, ale za to w Europejskim kraju (tak mniej więcej działa system edukacji w Australii, ale to długi temat i na kiedy indziej). Do niedawna wydawało mi się, że jest jednak coś dobrego co na Polską ziemię można by przenieść, i że jest to możliwe. Co to takiego? Nastawienia do drugiego człowieka, szczególnie w kontakcie klient – ekspedient/sprzedawca.

W Australii sprzedawca wita cię uśmiechem, pytaniem Jak się masz (nawet jeśli ma to w dupie, miło to usłyszeć), jak może pomóc. Na tym obsługa się nie kończy. Zagaduje, dopytuje jak ci mija dzień i czy jedzenie smakowało. W opozycji, tutaj ani dzień dobry, ani uśmiechu, nic. Zaraz podniosą się głosy, że pewnie w złe miejsca chodzę. Oczywiście, że nie wszędzie tak jest, i że generalizacja nie jest dobra. Są wyjątki od reguły. Niemniej to malutki odsetek w porównaniu z większością.

Dlaczego Polska nie dogodni Australii?

Obsługa klienta to najważniejszy element pracy. Jeśli jest na niskim poziomie klientów tracimy. Logiczne. W Polsce jednak doszło do pewnego wypatrzenia. Zdecydowana większość pracowników ma potencjalnego klienta w dupie (nie ci co mają własne firmy, oczywiście, ci uwijają się jak pszczółki). W innym kraju po prostu poszlibyśmy do innego sklepu/szpitala/restauracji. Tutaj nie mamy za bardzo wyboru, bo idziemy gdzie indziej, a tam powtórka z rozrywki.

Przykład:

Australia

W Melbourne weszliśmy do sklepu Tesli. W japonkach, szortach, nieco spoceni. Ekspedientka z wielkim uśmiecham oprowadziła nas po sklepie pokazując poszczególne samochody, tłumaczyła skomplikowaną specyfikę zawieszenia, zaproponowała ściągnięcie aplikacji, na którą wysyłać będzie do nas nowości. Traktowała nas jakbyśmy mieli za chwile kupić samochód za pół miliona dolarów. I wiecie co? Jeśli będzie mnie kiedyś stać na drogie auto to kupię właśnie Teslę. Dzięki takiej, a nie innej obsłudze.

Polska

Szukałam butów na specjalną okazję. Poszłam do Starego Browaru w Poznaniu. Jak wiadomo część sklepów jest bardzo droga dla przeciętnego Polaka. Niemniej jak wchodzę do danego sklepu zdaję sobie sprawę, że może być drogo. Skoro już weszłam to znaczy, że chce coś kupić, a nie że się zgubiłam. „Obsługa” wygląda tak: wchodzę, mówię dzień dobry (choć to ona/on powinien mnie powitać), zero odpowiedzi, rozglądam się mimo wszystko, kontem oka widzę jak ekspedientka taksuje mnie wzrokiem, widzi trampki, szorty, ocenia. Wnioskuje, że nie warto nawet powiedzieć dzień dobry. Wychodzę, a ona traci klienta. Kolejne zakupy zrobię online.

I to nie jest pojedynczy przypadek. Niemal w każdym sklepie, do którego weszłam sytuacja była podobna.

Dopóki będziemy traktować w taki sposób potencjalnego klienta nigdy do standardów Australijskich się  nie zbliżymy. A już nie porównując do innych państw, czy nie było by milej po prostu okazywać jakieś ludzkie uczucia od czasu do czasu. Trochę empatii. Rozumiem, że się nikomu nie chce wysilać za minimalną krajową, ale wydaje mi się, że można czerpać większą radość z pracy będąc miłym, pogodnym, pomocnym. Jak nie dla pieniędzy to dla własnej satysfakcji dobrze wykonanego zadania.

Polska

Polska ma jednak coś czego Australia nigdy mieć nie będzie.

Historię. Bogatą, długą, bolesną. I to dzięki tej hostorii jesteśmy narodem tak zjednoczonym i w chwilach trudnych, jak chociażby pandemia Covid-19 (2020) działamy dla wspólnego dobra, dbamy jeden o drugiego. W Australii trochę tego brakuje. Takiego uczucia jedności. I nie ma co się dziwić. Co australijczykow jednoczyć? Australia to kraj zbudowany na emigrantach, z każdego zakątka Świata. Dzieli ich historia, kultura, obyczaje, kuchnia, poglądy religijne, języki, nastawienie do pracy, kobiety, zwierząt.

I mimo, że Australia chucznie krzyczy, że jest krajem emigrantów, ci ludzie nie tworzą jedności. I systuacja z pandemią Civid 19 boleśnie to potwierdziła. Emigranci bez stałego pobutu zostali pozostawieni sami sobie, studentom, którzy wnoszą ogromny wkład finansowy w ekonomię kraju (edukacja to 3 najsilniejszy sektor gospodarczy napędzający kraj) pokazano drzwi, a Premier osobiście powiedział, że jak “ich nie stać na pobyt w Australii to mają wracać do domu”.

Polska więc nie jest może najlepszym krajem do życia, ale Australia też nie. Zasadniczo będąc emigrantem zawsze jest się obywatelem drugiej kategorii.

Australia: Jak radzić sobie z nieuczciwym pracodawcą?

Australia: Jak radzić sobie z nieuczciwym pracodawcą?

Problem z pracodawcą?

Zapewne nie jeden z was miał lub ma problem z pracodawcą w Australii. Nie jest to niczym nowym. To nie nasz kraj (a i w Polsce na każdym kroku chcą cię wyrolować) i Australijczycy często wykorzystują naszą nieznajomość prawa.

Co musisz wiedzieć chcąc legalnie pracować:

  • pracodawca powinien podpisać z tobą umowę (tam wypisujesz swoje dane, nr konta bankowego, superanuation account, TFN)
  • pieniądze powinny być wypłacane na konto bankowe raz na tydzień lub dwa tygodnie,
  • pracodawca ma obowiązek płacić superanuation
  • pracodawca powinien wystawiać payslipy przynajmniej raz na tydzień.

Jak to wygląda w praktyce?

Większość z wizowców jest zatrudniona bez umów, bez super, pieniądze do ręki. Takie rozwiązanie jest może i dobre jeśli jesteście backpackersami i co miesiąc jesteście w nowym miejscu i nie zależy wam na dobrych zarobkach. Bo nie oszukujmy się bez umowy jest oczywiste, że pracodawca zaproponuje $15-$17 na godzinę, gdzie minimalna krajowa to $18,29 (z umową). Legalna praca jest ci też potrzebna jeśli planujesz przedłużyć wizę o kolejny rok. Payslipy to twój główny “dowód w sprawie”.

Mój przypadek

Mój przypadek nie jest odosobniony, a wręcz staje się normą. Pracodawca obiecuje jedno, a po niedługim czasie zmienia warunki zatrudnienia. Dodatkowo brak umowy, payslipów, zmienna stawka (oczywiście niższa od krajowego minimum), mobbing. Jedyny plus to pieniądze wpływające na konto.

Jak działać, kiedy jeszcze pracujesz w danym miejscu?

  1. porozmawiaj z pracodawcą, zapytaj się dlaczego zmienił warunki (w moim przypadku nie pomogło)
  2. przedstaw wydrukowane informacje ze strony Fair Work pokazujące jaka płaca ci przysługuje (taką radę otrzymałam od Fair Work – niezbyt trafna, ale warto spróbować)
  3. rób zdjęcia – dokumentuj wszystko, aby mieć dowód, że faktycznie pracowałeś w danym miejscu (grafiki, timehifts, selfie).

Nie pomogło? Kroki prawne

Jeśli twoje prośby i tłumaczenia nie poskutkowały czas na prawdziwą walkę. Czego boją się pracodawcy w Australii? Taxation Office i Fair Work. Krok po kroku jak działać:

 

  1. Zgłoś sprawę do JobWatch (to organizacja, która pomaga pracownikom w rozwiązywaniu problemów z pracodawcami w sposób polubowny, ewentualnie przy pomocy prawnika, jeśli jesteś studentem nie musisz płacić).
  2. Zgłoś sprawę do Fair Work  (organizacja rządowa, jednak jedyne co mogą zrobić to wywrzeć nacisk na pracodawcy i przedstawić mu ewentualne konsekwencje, nie mają jednak prawa zmusić go do podjęcia konkretnych działań. Warto jednak zaraportować. Mi moja koordynatorka załatwiła payslipy w 2h, po oczywiście moich naciskach).
  3. Napisz Letter of Demand (można pobrać przykładowe ze strony JobWatch)
  4. Jeśli to nie pomogło znajdź prawnika z Law Institute Victoria. Nie jest to tanie, bo za godzinę pracy trzeba zapłacić od $300 do $350, ale jeśli walk jest o dużą kwotę warto spróbować.

Pamiętaj!

Jeśli chcesz iść do sądu to pamiętaj, że daną sprawę należy zgłosić do sądu zależnie od stanu, w którym zarejestrowany jest pracodawca. Czyli np. w moim przypadku Port Douglas – Queensland. Jeśli przeprowadziliście się już do innego stanu zawszę można wyznaczyć prawnika działającego w twoim imieniu.

Sprawy, których nie da się rozwiązać przy pomocy Fair Work czy JobWatch można złościć jako tak zwane Small Claim, jest to tańsze i szybsze rozwiązanie, ale jednak wiąże się z wydatkami. Dlatego warto na początek naciskać na Fair Work, raportować nawet 2-3 razy, tak długo, aż zadziałają.

Moje przesłanie

Na koniec mam do was ogromną prośbę – walczcie o swoje, nie psujcie rynku! Jeśli jedna osoba pozwoli na złe traktowanie, zgodzi się na niskie płace, brak ubezpieczenia, brak umowy pracodawcy chętnie to wykorzystają. Jeśli każdy z nas zawalczy o swoje prawa mamy szanse na lepsze zarobki i równe traktowanie. I nie tyczy się to tylko Australii, ale i każdego kraju, także Polski.

wilson-prom
Pożegnanie z Australią. Czas na przeprowadzkę. Dokąd teraz? :)

Pożegnanie z Australią. Czas na przeprowadzkę. Dokąd teraz? :)

Pożegnanie z Australią.

Bolesne niemal jak pożegnanie z Polską. Łzy, lekkie załamanie nerwowe, panika. Czego tak się boję? Powrotu do “normalnego życia”, do Polski? A czy to życie nie jest normalne? Jest, chociaż czasem wydaje się, że niezupełnie. Rozumiecie co mam na myśli? Ci co mieszkali dłużej za granicą chyba rozumieją to uczucie. Lekki surrealizm sytuacji, w której jesteśmy rozdarci miedzy starym, a nowym. Nie wiemy gdzie jest nasze miejsce.

Tam – dom, rodzina, znajomi, wspomnienia z dzieciństwa, poczucie względnej asekuracji, chociażby na poziomie komunikacji.

Tu – dom, ale nie do końca swój, znajomi, nie do końca na resztę życia, ale zawsze, wspomnienia i  chyba to co najważniejsze – nowy początek. Uczucie, że jest się nową osobą, że to co stare zostało za nami i otwierają się nowe możliwości.

Myślę jednak, że nie jest to pożegnanie na zawsze.

Pożegnanie pożegnaniem, ale ja wciąż tu jestem 😀

Od początku, więc (więc nie na początku zdania. moja polonistka była by dumna :D). Plany zmieniły się diametralnie. Po powrocie z Port Douglas, gdzie jak wiecie pracowałam te 3 miesiące, aby dostać kolejną wizę, okazało się, że czeka mnie batalia o dokumenty. Mój błąd, że zaufałam nieodpowiedniej osobie. Ale o nieuczciwych pracodawcach wkrótce.

Nadzieję na wizę były blade. Zeczełam myśleć co dalej. Wracać do Polski, nie wracać? Jesteście ciekawi odpowiedzi?

Wracać!!! 😀

Ale tylko na moment, a może na dłużej. Tego nie wiem. Robienie planów często wiążę się z rozczarowaniem, kiedy trzeba plany zmienić, więc mam zarys ogólny, plan A i B, a nawet C się znajdzie.

so hipster

To jak z tym powrotem, czyli plany na najbliższe miesiące.

Z Australii wyjeżdżam 22 stycznia i lecę na Bali. W Indonezji chcę zostać przynajmniej 2 miesiące (głównie Sulawesi, Jawa, Sumatra), następnie Borneo (dostałam przecież mapę to muszę jechać :P) malezyjska część oraz na pewno Wietnam i Angkor Wat w Kambodży.  Jeśli starczy chęci na dalsze podróże to Filipiny i Tajlandia oraz Laos. Następnie Polska!!! 😀

Do Polski chciałabym przylecieć latem. Głównie ze względu na pogodę, mniejszy szok temperaturowy – haha – niekoniecznie, ale warto spróbować.

W Polsce trochę zostanę ze względów zdrowotnych. Następnie kierunek Anglia lub Szkocja 🙂

bali-ubud

Najciekawszy moment. Skąd na to pieniądze?

Nie obrabowałam banku, nie zarobiłam tyle by zaoszczędzić (niestety na północy pracodawcy sprytnie wykorzystują fakt, że większość wizowców musi tam odrobić te 3 miesiące, aby dostać wizę). Skąd więc?

Po powrocie do Melbourne na początku grudnia przeprowadziłam się do nowego mieszkania i zajęłam się głównie walką z byłym pracodawcą o dokumenty potrzebne do wizy oraz przygotowaniami do przyjazdu siostry.

W między czasie uczyłam się też Interior Designu. Nie będę zagłębiać się w szczegóły techniczne, bo to dla większości nuda. Generalnie robię projekty mebli na wymiar. Obecnie pracuję nad dwoma projektami – klinika   i apartamentowiec w Melbourne.

Pokrótce jak to wygląda: dostaję projekt architektoniczny budynku z danymi technicznymi i designem od architekta. Moja rola polega na przeniesieniu tego projektu (i poprawieniu, bo architekci nie ogarniają życia) do innego programu i krok po kroku zaprojektowaniu każdego elementu tak aby można było go wysłać prosto do fabryki, gdzie zostaje wycięty w drewnie lub innym materiale, złożony do kupy i zainstalowany w apartamencie. I ta da.

Tak więc teraz pracuję. Z domu, z balkonu, z łóżka. I tak będę pracować dalej podczas podróży.

Szykujcie się na dawkę przesmacznych zdjęć, bo zamierzam spróbować każdego robaka, owocu i warzywa na lokalnych targach, street foodach i w restauracjach. 🙂

Moją podróż możesz śledzić też na Instagramie. A jak chcesz być na bieżąco to zapraszam na FB

Richmond Sourdough – moja codzienność

Richmond Sourdough – moja codzienność

Jak znalazłam pracę w piekarni?

Ok. Wiem, że marudziłam na tę pracę. I nadal czasami mnie wkurza. Szczególnie szef, który co chwila zmienia zdanie na różne tematy i próbuje zmienić także mnie. Aczkolwiek, mimo, że jest to nieco “odmóżdżające” zajęcie to jest to praca marzeń. Zero odpowiedzialności, zero stresu, miła atmosfera, nawet jak zrobię niesmaczną kawę to klienci pochwalą, poznaje nowych ludzi. Tu nie jest jak w Polsce, że gburowata ekspedientka żałuje, że żyje. Tutaj dobrze się zarabia (3 dni w tygodniu wystarczą na wszystkie rachunki i jeszcze można oszczędzić, jak się nie chodzi na mecze :D) i dlatego lepiej się pracuje.

Ale od początku.

Po miesiącu poszukiwań, kiedy już traciłam nadzieję poszłam na kawę z jednym znajomym, który mieszka tu już ponad 3 lata. Obwiózł mnie po mieście, pokazał gdzie warto pójść. Ostatecznie wysadził mnie właśnie na Bridge Rd. Szłam dość długo, było gorąco i właściwie powiedziałam sobie, że zostawiam 2 ostatnie CV i jadę do domu. Od niechcenia weszłam do piekarni, przywitała mnie szerokim uśmiechem Tara, z którą teraz pracuję. Zostawiłam CV i poszłam dalej. Nie minęły 2 min, zadzwonił telefon z pytaniem czy nadal jestem w okolicy i czy mogę podjeść. Wróciłam. Poznałam Matta, mojego szefa. Porozmawialiśmy i tak po kilku dniach przyszłam na dzień próbny, a po 2 tygodniach dostałam pierwsze samodzielne zmiany. Teraz mija już 5 miesiąc.

Domowa atmosfera

Znam imiona stałych klientów, wiem jakie kawy piją i jakie są ich ulubione drożdżówki. 😀 Znam nawet imiona ich psów i dzieci (tudzież w odwrotnej kolejności). Ale najlepsza jest atmosfera. Domowa, przyjazna. Wszyscy się uśmiechają.  Matt zna chyba wszystkich w okolicy. A na pewno wszystkich swoich klientów. Z dziewczynami, z którymi pracuję dobrze się dogaduję. Mamy nawet grupę na FB. A jak ktoś odchodzi to Matt organizuje pożegnalna kolacje.

A jaki jest ten Matt?

To ciekawy pytanie, bo Matt to prawdziwy aussie. Czyli najprawdziwszy Australijczyk, o którego szczerze mówiąc ciężko w dużym mieście, pełnym przyjezdnych z Azji, Afryki czy Europy (ale głownie z Azji). Matt ma korzenie irlandzkie i często o Irlandii opowiada, choć urodził się i mieszka w Australii. Ma 52 lata, nie ma żony i dzieci. Żony chyba ze strachu i braku czasu, a także hulaszczego życia za młodu, a dzieci z wyboru (i braku żony 😀 ).

 

Matt jest dla mnie intrygującą osobą również z innego powodu. Jest niezwykle inteligenty, ma naprawdę ogromną wiedzę o Świecie, historii i geografii, jak na Australijczyka. Być może dlatego, że sporo podróżował. Jest też totalnie pochłonięty swoją pracą i rozwijaniem biznesu. Codziennie mówi tylko o tym co zrobi, jak to zrobi, że chce kupić kolejną kawiarnie, itp. Z drugiej jednak strony zachowuje się czasami bardzo dziecinnie, dużo się uśmiecha, pije piwo w trakcie pracy i takie tam rzeczy, o których tu nie mogę napisać 😀 . Wydaje się też samotny i choć czasem mnie denerwuje wytykając mi typowe dla Polaka cechy charakteru  bardzo go polubiłam.

Mamy nawet swój rytuał. Po wieczornej zmianie, Matt odprowadza mnie na stacje pociągu opowiadając o biznesowych planach, chlebie i ….chlebie. Bo to jest jego ulubiony temat 😀 Czasem wskoczymy na szybkie piwo do pubu lub do Chińczyka na noodle i tam Matt dalej opowiada o wypiekach lub kupuje gazetę i przedstawia najważniejsze wydarzenia dnia. Niemniej interesuje go moje zdanie i często pyta się co o tym wszystkim myślę.

UPDATE 2020

9 listopada 2018 Matt odebrał sobie życie.

Nic o tym nie widząc,  15 listopada napisałam do managerki która pracowała u Matta. I tak się dowiedziałam. Pogrzeb był na drugi dzień. Zaraz po przyjeździe do Melbourne odwiedziłam jego grób. Nawet teraz, dwa lata od tego wydarzenia nie mogę uwierzyć, że Matta już nie ma. I zastanawiam się czy mogłam coś zrobić by temu zapobiec.

Mój dzień pracy

Zaczynam pracę o 6 rano lub o 12. Jeśli o 6 to muszę wstać o 4:45. Jadę pociągiem o 5:28 i wysiadam na stacji West Richmond. Jest jeszcze ciemno, więc na drogach nie ma ruchu. Mogę więc bezkarnie jechać rowerem w słuchawkach, a nie w kasku.

Na miejscu jestem za 5 szósta. Najpierw muszę przygotować maszynę do kawy, sprawdzić wagę mielonych ziaren i ewentualnie skorygować jeśli jest za mało lub za dużo, przygotować dzbanki do spieniania mleka (4 różnej wielkości) oraz samo mleko (3 rodzaje). Następnie układam chleby na półkach, wykładam drożdżówki, paczki, croissanty i zakładam etykiety.

Potem przygotowuje Polish word of the day, bo w piekarni prowadzimy lekcje języków obcych dla naszych klientów, którzy uwielbiają uczyć się nowych słów. Wydaje się śmieszne? Może w Polsce by było, ale nie tutaj. Wiele osób ma polskie korzenie lub jakiś znajomych Polaków. Jak dowiadują się, że jestem z Polski próbują pochwalić się swoją wiedzą na ten temat lub dopytują o różne rzeczy. I co ciekawe, nie traktują mnie jak kogoś gorszego (co często mi się zdarzało nawet na „dobrych” stanowiskach w Polsce). Wręcz przeciwnie.

Co rano po duże cappuccino z jednym cukrem przychodzi Sam, właściciel warsztatu samochodowego z naprzeciwka. Opowiada o swojej dziewczynie – francuskim pudlu i z dumą pokazuje mi nowe zdjęcia.

Potem wpada przystojny Nowozelandczyk. Brandon pije soy latte bez cukru, ma jeszcze ciekawszy akcent niż ja :D, jeździ na motorze, pracuje naprzeciwko i jest zaręczony. Niefart 😀

Co drugi dzień wpada John, z restauracji obok, po duże cappuccino. Pokazuje mi zdjęcia z kolejnych imprez w Crown Casino.

A po 17 na deskorolce przyjeżdża Jordan na flat white. Kawę, którą szczycą się Australijczycy jako rzekomi pomysłodawcy. A tak naprawdę jest to zwykła kawa zalana ciepłym mlekiem, bez pianki. Uff… Na szczęście. Bo taką najłatwiej zrobić (oprócz long black, oczywiście) 😀

Cały czas w tle leci Easy Radio (moje ulubione), z którym śpiewam, a czasem i tańczę, jak nikt nie widzi.  😀

Po pracy, jeśli jest 12 jadę do centrum, pochodzić po sklepach lub wracam do domu, czytam książki, oglądam filmy na Netflix, robię to co robiłam i w Polsce.  Czasem trzeba zrobić pranie, obiad, nakarmić królika współlokatorki.

Jeśli jest 19, Matt odprowadza mnie na stację lub wychodzę ze znajomymi na piwo do pobliskiego, niemieckiego pubu.

A niedawno byłam też na footy, czyli footballu australijskim i było naprawdę świetnie. Więc pewnie będę to robić częściej, bo footy jest tu integralna częścią życia (jak u nas, skoki narciarskie za czasów Adama Małysza) i prawie każdy ma tu swój ulubiony zespół. A MCG robi ogromne wrażenie. Jeszcze lepsza jest atmosfera. Mimo, że można pić alkohol nikt tu na nikogo nie krzyczy, nie ma awantur, ani bijatyk. A po meczu fani obu drużyn idą razem przez miasto i razem się cieszą. Niemożliwe? A jednak 🙂