Nowa Zelandia – wyspa północna

Nowa Zelandia – wyspa północna

Nowa Zelandia: Wyspa Północna

Nowa Zelandia jest marzeniem wielu. Była (i wciąż jest) moim. W lipcu tego roku (2017) odwiedziłam wyspę Północną. Dlaczego północną kiedy południowa dla większości jest bardziej atrakcyjna? Proste. Czas, koszty, pogoda. W lipcu na południu panuje sroga zima. Połowa dróg jest nieprzejezdna. Wyspa Północna ma jednak sporo do zaoferowania, i choć mniejsza nadal urzeka urodą i niezwykłymi krajobrazami. To tu ulokowało się wietrzne Wellington – stolica państwa, Tongariro z wulkanicznym krajobrazem oraz tropikalne Auckland. A jeśli interesuje was geologia to idealnie trafiliście bo wyspa północna to geotermalny raj.

Nowa Zelandia to przede wszystkim “inny Świat”. Przynajmniej dla mnie. Odmienna fauna i flora, klimat, architektura, kultura i zwyczaje. Wszystko tu jest inne. Ale tak dobrze inne, jeśli wiecie co mam na myśli 😀

No to jak się przygotować na ten raj na końcu Świata?

Garść praktycznych info

Jak się dostać do Nowej Zelandii?

  • Najtańsza opcja to długie loty z milionem przesiadek przez Azje, ale możemy znaleźć ofertę między 2500 – 3500 PLN w dwie strony (fly4free.pl). Ale to przypadki rzadkie i raczej ciężko upolować takie bilety.
  • Realnie rzecz biorąc na bilety musimy przeznaczyć min. 6 tys. PLN. Jeśli uda się znaleźć tańsze to super, ale w budżecie lepiej założyć, że jednak wydamy więcej niż mniej. Lepiej się miło zaskoczyć niż rozczarować, czyż nie? 😀
  • Najkrótszy czas podróży to loty przez Doha Katarskimi liniami – 25h.
  • Ja poleciałam do Auckland za $300 czyli jakieś 1000 PLN z tym, że z Melbourne. I to była okazja.

Gdzie i jak szukać lotów?

  • Polecam SkyScanner ale szukajcie na opcji incognito inaczej cukierki was wyszpiegują i przy każdym nowym zapytaniu ceny będą wyższe.
  • Fly4free jest dobre do wyszukiwania promocji. Jeśli jesteście elastyczni i możecie lecieć w dowolnych datach ta strona na pewno się przyda.
  • I know the pilot – lokalna strona na której możecie znaleźć ciekawe promocje i tanie loty.

A co jak już jesteście na miejscu?

Wszystko zależy od tego ile macie czasu i funduszy. Ja spędziłam tam 10 dni, podróżując bardzo niskobudżetowy (może tylko przeholowałam z nartami, to był duży wydatek). Przez te 10 dni wydałam ok. $2000 AUD czyli jakieś 6000 PLN (dokładne rozliczenie na dole posta). Czy da się taniej? Oczywiście, że się da. Wszystko zależy od twojego stylu podróżowania. 

Moja trasa

Moja trasa z racji na ograniczony czas przebiegała następująco:

  • 2 dni w Auckland
  • 2 dn Rotorua
  • Hobbiton – jeden dzeń
  • Taupo
  • Tongariro National Park – narty, jeden dzień
  • Wellington – dwa dni

Mapa miejsc przeze mnie odwiedzonych w Nowej Zelandii

Auckland: pierwszy przystanek

Auckland to niewielkie miasto (niecałe 1,5 miliona) położone nad brzegiem oceanu, na wielu malowniczych wyspach. Auckland to niezwykle zielone miasto. To co mnie zaskoczyło to klimat. Zbliżony bardziej do subtropików niż strefy umiarkowanej. Palmy, paprocie drzewiaste i bardzo przyjemne 15 – 17 stopni, a pamiętajmy, ze był lipiec czyli środek zimy na południowej półkuli.

Nocleg

W Auckland nocowałam u Ilony, Polki poznanej dzięki Polonii w Auckland do której napisałam zapytanie w poszukiwaniu hosta. Także jakie są ceny hoteli mogę wam mniej więcej określić kierując się cenami z Wellington (teoretycznie powinno być podobnie). Pokój dzielony, 4 os.  – $22 (70PLN)/ noc

Co zobaczyć w Auckland?

Auckland jest rozłożystym miastem, ale w centrum skupia się najwięcej atrakcji turystycznych. CBD jest maluśkie, w porównaniu do Melbourne. To o czym musimy pamiętać to czas pracy. To nie Europa, to nie Polska, gdzie sklepy są pootwierane do 22. Tutaj o 5 pm jest już cisza na ulicach. Pojedyncze puby lub kluby są otwarte ale większość sklepów zamknięta jest na cztery spusty. Lista miejsc, które trzeba zobaczyć:

  • Sky Tower 
  • Britomart – to stacja przesiadkowa, ale i tak ryneczek blisko portu, bardzo klimatyczne miejsce
  • Queen St – główna ulica CBD, pełna sklepów i kawiarni
  • Auckland Art Gallery Toi o Tāmaki – dla fanów sztuki nowoczesnej, za darmo
  • Downtown Terminal – budynek terminala portowego
  • port – nowoczesna architektura i piękne jachty
  • Silo Park – dla wielu pewnie niezbyt urzekający, ale na mnie zrobił wrażenie. Spędziłam tam dobre pół godziny, siedząc w deszczu, patrząc na Harbour Bridge.

 

  • Auckland War Museum – spokojnie bedzie nie tylko o wojnie. Muzeum mieści się w ogromnym, pięknym gmachu na szczycie wzgórza otoczonego parkiem. Muzeum podzielone jest tematycznie. Od początków powstania Ziemi, przez procesy wulkaniczne i plutoniczne, faunę i florę, rdzennych mieszkańców Wysp – Maorysów aż do współczesności. Na mnie zrobiło ogromne wrażenie i żałuje, że maiłam na nie tak mało czasu. Spokojnie można tu spędzić cały dzień.
  • Rangitoto Island – wyspa wulkaniczna, która jest obecnie rezerwatem. Aby się na nią dostać należy kupić bilet w Porcie (terminal 4). Wyspa jest przepiękna, dzika, zamieszkała jedynie przez liczne gatunki ptaków. Także dla mnie, ornitologa – amatora punkt obowiązkowy. Wspinaczka na szczyt trwa od 1-3h, w zależności od szlaku i kondycji także dobrze jest przeznaczyć cały dzień na tę wycieczkę.

 

Moss Wall

 

Gdzie zjeść?

Znajomy polecił mi meksykańską restaurację. Takiej ekspozycji smaków wcześniej nie przeżyłam.  OK OK już słyszę głosy – jak to tak, meksykańskie jeść w Nowej Zelandii? Nowozelandzkie też próbowałam i bez obrazy ale kuchnię to mają raczej kiepską. Mexico – Britomart – to adres, który trzeba odwiedzić.

 

Rotorua i okolice

Rotorua to małe miasteczko położone na terenach geotermicznych, co od razu czyni jest interesującym dla miłośników geografii i geologii. Całe miasto spowite jest jakby mgłą, ale tak naprawdę są to wyziewy z głębi ziemi. Ma to swoje plusy i minusy oczywiście. Z jednej strony wygląda zjawiskowo z drugiej zapach jest dość obrzydliwy ? Aczkolwiek dla mnie był to zapach nostalgii, która przeniosła mnie na chwilę do mojej ukochanej Islandii. Oprócz spotów geotermicznych miasto słynie z wciąż żywej kultury maoryskiej. Wokół znajdziemy kilka wiosek, niestety nastawionych głównie na turystę masowego, ale warto tak czy siak odwiedzić jedną lub dwie takie wioski.

Nocleg: ja za nocleg znowu nie płaciłam, bo miałam przyjemność zwiedzać okolicę z Niką, prezesem organizacji Maoryskiej działającej na rzecz zachowania dziedzictwa i kultury. Ale z tego co się orientuję za pokój prywatny z dzieloną łazienką zapłacicie ok. $40/noc

Co zobaczyć w Rotorua:

  • Rotorua Museum – przepięknie zdobiony budynek. Wizytówka miasta.
  • Saint Faith’s Anglican Church – pierwotne serce miasta i dzielnica maoryska
  • Jezioro Rotorua
  • Polynesian Spa – kąpiel w gorących źródłach
  • Whakarewarewa – The Living Maori Village
  • Te Puia – wioska maoryska (bardzej na pokaz niż prawdziwa), taniec Haka, pieśni ludowe, mini zoo z ptakami Kiwi (prawdopodobnie jedyna okazja żeby te ptasiorki zobaczyć), spacer po terenach geotermicznych, gejzer.
  • Blue Spring – Błękitne Źródła o krystalicznie czystej wodzie położone w lesie sekwoi. Krótki, ale bardzo przyjemny spacer w cieniu drzew.
  • Redwoods Treewalk – nieopodal Rotorua w lesie sekwoi znajduje się park linowy, gdzie przez ok. pół kilometra możemy wędrować po drewnianych kładkach zawieszonych wśród drzew. Osobiście polecam zrobić ten spacer kiedy las jest oświetlony lampkami.
  • Wai – O- Tapu – ogromne tereny geotermiczne w Taupo Volcanic Zone, 27 km od Rotorua. To tu znajduje się słynne Champagne Pool – gorące źródło zabarwiane na rdzawa kolor. Na Wai-o-Tapu należy przeznaczyć minimum 2h.

Hobbiton

Moje podróżnicze marzenie o Nowej Zelandii zaczęło się od J.R.R. Tolkien i Władców Pierścieni. Najpierw oczarował mnie film, ale szybko stwierdziłam, że w książce z pewnością znajdę więcej. Tak też było. Nowa Zelandii stała się numerem jeden na mojej liście. Wiedziałam, że listopad to najlepszy miesiąc na odwiedzenie Antypodów. Wiosna, kwiaty w rozkwicie. Ale… postanowiłam zrobić coś szalonego. Znowu. Spędzić urodziny w Hobbitonie. I jak postanowiłam tak zrobiłam 😀 A jak się tu dostać? Są dwie drogi: z Rotorua lub Auckland. Bilet należny zabooować odpowiednio wcześnie i stawić się na umówione miejsce, gdzie autokar zabierze nas w Świat Hobbitów.

Tongariro National Park i Taupo

Z Rotorua znajomi zawieźli mnie do Taupo, sennego miasteczka nad brzegiem największego jeziora Wyspy Północnej o tej samej nazwie. Widok jest nieziemski. Na horyzoncie górują ośnieżone szczyty wulkanów, a niebo ma kolor fiołków. Tego widoku nigdy nie zapomnę. W Taupo spędzałam noc w hostelu ($22) by rano udać się do Whakapapa Ski Arena na narty w Mordorze. To tu bowiem kręcono sceny do filmu. Do parku pojechałam wypożyczonym autem, ale z tego co wiem można też dojechać busem, jednak nie jest to takie proste i nie zobaczy się wszystkiego.

Wellington: wietrzna stolica

Z Wellington zapamiętam wiatr, który urywał głowę i pogodę niczym w Dani. Co 10 min Słońce – deszcz, Słońce – deszcz. Wellington jest dużo mniejsze niż Auckland i ale ma bardziej rozbudowane CBD, ale zasadniczo to nieduże miasto i 2-3 dni spokojnie wystarczą. Chyba że jesteście miejskimi tygrysami co chcą każde muzeum zaliczyć, no to przyda się więcej czasu 😀 To co konieczne warto zobaczyć to:

  • CBD – pełne sklepów i nowoczesnych budynków
  • Cable Car i Botanic Gardens
  • The Weta Cave – dla fanów Trylogii
  • Te Papa museum – mega nowoczesny obiekt z ogromną ekspozycją. Wejście jest darmowe, a muzeum nie przypomina tych nudnych jakie mamy u nas więc warto poświęcić 2-3h lub więcej.
  • Przystań i port

Wydatki

Koszty jakie poniosłam są zminimalizowane do minimum bo podróżowałam niskobudżetowo. Z noclegów zapłaciłam jedynie za hostel w Taupo i dwie noce w Wellington. Jadłam zupki chińskie i tosty. Jedynie w Auckland dwa razy poszłam do restauracji co kosztowało mnie ok. $50. Podróżowałam tanimi busami firmy ManaBus oraz InterCity., które z czystym sumieniem mogę polecić. Wygodne i z darmowym WiFi.

Lista poniesionych kosztów:

Sky Tower Auckland- $29

Auckland War Museum – $25

Auckland bus na jeden dzień – $10

Bus Auckland Rotorua – $25

Bus Rotorua Taupo – $25

Objazd Rotorua z koleżanka (paliwo) – $20

Auto  i paliwo (Tongariro trip) – $100/dzień

Narty I buty – $50/dzień

Skipass – $120

Kawa i bułka na stoku – $15

Bus Taupo – Wellington – $30

Bus Wellington – Auckland $50

Te Puia – $55

Rangitoto Island – $30

Pamiątki $300

Jedzenie $20/dzień *10 = 200

Restauracja – $50

Bilety lotnicze – $300

Redwoods Tree Walk – $25

Wai – O – Tapu – $33

Hobbiton z Rotorua $120

The Weta Cave – $45

Hostel Dixon w Wellington (centrum miasta) – $22/noc

Razem: $1679 (5 450 PLN)

Ubezpieczenie w podróży. Jak wybrać odpowiednią agencję aby uniknąć problemów?

Ubezpieczenie w podróży. Jak wybrać odpowiednią agencję aby uniknąć problemów?

Ubezpieczenie w podróży

Ubezpieczenie jest niezwykle ważne. Wiem to z własnego doświadczenie, bo nie raz musiałam z niego korzystać. Ale i praca w biurze podróży Itaka czy Rainbow uzmysłowiła, że bez ubezpieczenia nie ma co się wybierać w nawet najmniejszą podróż.

Większości nam się wydaje, że nic złego się nie może wydarzyć. Nie chcemy sobie zaprzątać głowy negatywnymi scenariuszami. Przecież jedziemy na wakacje. Wielu moich klientów z trudem dało się namówić na wykupienie podwyższonego ubezpieczenia. Największym zaskoczeniem byli dla mnie klienci wyjeżdżający w egzotyczne rejony jak Nepal czy Meksyk tylko z podstawowym ubezpieczeniem. Nie oszukujmy się. Takie ubezpieczenie jest dobre jeśli mamy katar i musimy wykupić leki, ale przy poważniejszych problemach już nie wystarcza.

Skąd niechęć do ubezpieczycieli?

Odpowiedź jest prosta. Ubezpieczyciel jest jak kumpel któremu pożyczyliśmy PlayStation. Chętnie weźmie, ale niechętnie odda.

Ubezpieczenie może być bardzo tanie (jeśli jedziemy na tydzień do krajów UE) lub ekstremalnie drogie (kraje zagrożone wojną lub atakami terrorystycznymi). Ubezpieczenie drożeje jeśli zadeklarujemy jakieś choroby przewlekłe. Wówczas cena może podskoczyć nawet trzykrotnie. Liczy się też oczywiście czas podróży i wiek.

Ubezpieczyciele chętnie wezmą nasze pieniądze, ale by potem odzyskać kwotę jaką wydaliśmy na leki, lekarzy czy szpital jest niezwykle trudno. I nie ma tu reguły jaki ubezpieczyciel. Ja przykładowo korzystałam już z 4 różnych firm i zawsze proces odzyskiwania pieniędzy był długi i “bolesny”.

Ubezpieczyciel, którego zdecydowanie nie polecam

Ubezpieczyciel, który w ogóle się nie sprawdził w Australii (być może w Europie jest lepiej) to Allianz. Wykupiłam ubezpieczenie na rok, Globtrotter. Brzmi podróżniczo, co nie? 😀 Też tak myślałam. Wcześniej oczywiście sprawdziłam opinie. Były bardzo podzielone. Od super zachwyconych klientów do kompletnie zniesmaczonych. Ale po sprawdzeniu innych firm doszłam do wniosku, że ideału się nie znajdzie.

Co poszło nie tak?

Otóż pierwsze problemy pojawiły się kiedy poprosiłam o umówienie wizyty u lekarza. Firma “nie ogarneła” różnicy czasu i poinformowała mnie o wizycie, kiedy już było po wizycie 😀 (dwukrotnie).

Następnie kiedy już do lekarza się udałam i przesłałam rachunek, FV oraz receptę Allianz zażądał raportu medycznego, o którym nie poinformował mnie wcześniej. Raport jak wynikało z maila ma być opisem od lekarza co zaszło. No to wsiadłam w pociąg. 3h i dostałam raport. Co się okazało? Że brakuje jakiegoś tajnego kodu. Tu już się mocno zdenerwowałam, bo za każdą wizytę muszę płacić $75. Napisałam do Allianz, że nie powiadomili mnie o tym jakie informacje konkretnie są potrzebne i nie zamierzam 3 raz jechać do lekarza. Odpisali, że w takim razie dane są niekompletne i nie mogą mi zwrócić kosztów. Jak się potem dowiedziałam w Australii nie stosuje się kodów wymaganych przez Allianz. I tak ponad $300 poszło lekką ręką.

Zatem jaki ubezpieczyciel

Jeśli wybieracie się do jakiegoś kraju z zamiarem mieszkania tam przez dłuższy czas dobrze jest znaleźć lokalnego ubezpieczyciela. W razie wypadku lub potrzeby konsultacji placówkę macie pod ręką, a nie tak jak w Polsce musicie dostosować się do różnicy czasowej, godzi otwarcia lub infolinii za którą trzeba zapłacić krocie. Do tego lokalny ubezpieczyciel jest lepiej rozpoznawalny niż jakieś PZU czy Hestia z Polski.

W Australii polecić mogę Bupę. Różne warianty ubezpieczenia do wyboru. Ceny też przystępne, a w dużych miastach przynajmniej kilka biur w których można się skonsultować.

Dlaczego więc nie wybrałam Bupy? 

Mój angielski nie był na jakimś wystrzałowym poziomie kiedy wyjeżdżałam. Co innego rozmawiać, a co innego czytać regulamin ubezpieczyciela po angielsku. Nawet po polsku często jest to dla mnie masło maślane. Trochę się więc przestraszyłam, że w razie potrzeby mogę się nie dogadać. Błąd. Masz ubezpieczenie. Masz numer polisy. Idziesz do lekarza, szpitala. Pokazujesz i po problemie. Oni już wiedzą jakie są procedury bo to ich lokalna firma.

Wnioski

Nie bójcie się lokalnych ubezpieczycieli. Często gęsto okazać się mogą bardziej przydatni niż nasi Polscy, którzy trzymają się kasy jak tonący brzytwy, a za ekranem komputera siedzą chyba roboty, a nie istoty ludzkie. Jeśli wybieracie się w odległe zakątki Świata warto wykupić droższe ubezpieczenie. W krajach Azji czy Oceanii szpitale są głównie prywatne, a co za tym idzie bardzo drogie. Dzień w szpitalu w Melbourne to koszt od $1500 do $3000 (jeśli jesteś na zwykłym oddziale).

Na YouTube

Sprawdź moje wideo o systemie zdrowia w Australii i jak działa ubezpieczenie, kiedy trafisz do szpitala.

Sprawdź też inne filmy na YT. 

9 miesiąc w Australii, czyli czego dotychczas dowiedziałam się o sobie.

9 miesiąc w Australii, czyli czego dotychczas dowiedziałam się o sobie.

9 miesiąc  w Australii

Interesujące jak z czasem zmienia się punkt widzenia. To co na początku było straszne, nowe, nie do przejścia jest dziś codzienną rutyną, na którą często nie zwraca się uwagi. Strach jaki mi towarzyszył przez pierwsze kilka tygodni dziś jest mglistym wspomnieniem. A czego się bałam i dlaczego źle się czułam? Teraz już wiem.

Brakowało mi znajomych, kogoś z kim mogę porozmawiać, wyjść na kawę czy do kina. Oczywiście przez pierwsze kilka tygodni skupiłam się na znalezieniu pracy, mieszkania. To były priorytety. Po jakiś 3 miesiącach otwarłam się na ludzi. Od razu zauważyłam poprawę nastroju. Nawet jeśli były to znajomości krótkoterminowe, jak z ludźmi z pracy czy poznanymi na mieście. Początkowo też trzymałam się z Polakami, ale jednak dobrze mówią ci co doradzają ograniczanie kontaktów. Polak za granicą zamienia się w jeszcze “gorszego” Polaka (bez obrazy, ale zawiść i zazdrość, często bezpodstawna z jaką się spotkałam zakrawa o nieśmieszną komedię typu Kac Wawa). Także ja Polakom podziękowałam i ograniczam ich dawkowanie do kilku osób, które pozostały “normalne” 😀

Z drugiej jednak strony znajomości jakie zawiera się będąc tak daleko od domu i nie wiedząc jak długo się tutaj zostanie często są bardzo, ale to bardzo powierzchowne. Można wyjść na piwo, pogadać o głupotach, obejrzeć film i zasadniczo wachlarz możliwości się kończy. W momencie kryzysu nikt nie chce słuchać o twoich problemach. Przecież jesteśmy w “raju”, “ziemi obiecanej“, trzeba się cieszyć.

Plusem jest to, że poznaje się masę ludzi z różnych części Świata, poznaje się ich język i kulturę. Są to ludzie o podobnych pasjach i zainteresowaniach. Takie znajomości zaspokajają potrzebę bycia w grupie chociaż na moment. I tak, do teraz czułam, że mi to wystarczy. Jednak jakiś czas temu poczułam potrzebę głębszych kontaktów, rozmów z moimi przyjaciółmi z Polski (mimo, że rozmawiamy na FB, nie jest to to samo co kawa w weekend w Starym Młynku). Zauważyłam, że takie przelotne, krótkoterminowe znajomości mi nie wystarczą.

Szczęśliwi są ci co podróżują z partnerem lub przyjacielem.

Wnioski

Podróżowanie solo jest dobre. Daje nam pole do poznania siebie, własnych potrzeb i reakcji na nieoczekiwane sytuacje. Jednak po pewnym czasie pragniemy (myślę, że wiele osób tak ma) nasze emocje, szczęśliwe i mniej szczęśliwie chwile dzielić z kimś bliskim, nie tylko z nowo poznanymi znajomymi.

Kiedy drogi się rozchodzą, czyli jak się pożegnać – wersja dla dojrzałych.

Kiedy drogi się rozchodzą, czyli jak się pożegnać – wersja dla dojrzałych.

Pojawiają się głosy abym opisywała nieco więcej swoich odczuć. Dawała nieco więcej od siebie, prywatnie.

Wcześniej starałam się swoje sprawy prywatne trzymać na dystans, ale zasadniczo wprowadza to pewien dysonans i ciężko jest się odnaleźć w pewnych sytuacjach jeśli nie znamy całego kontekstu. Unikałam tego również, aby nie naruszać prywatności moich bliskich. Doszłam jednak do wniosku, że nie ma w tym nic złego jeśli opisywane treści wyrażane są z szacunkiem i dbałością o uczucia innych.

Miłość kontra Marzenia

Zacznę, więc od najboleśniejszej dla mnie historii, bo myślę, że wielu z was ma podobne dylematy. Wielu myśli, że wybrałam marzenia zamiast miłości. Dla mnie nie ma czegoś takiego. Nie ma równania Marzenia kontra Miłość. Jest za to, to:

MIŁOŚĆ = MARZENIA

sam_6150

Zawsze marzyłam o podróżach i mój chłopak dobrze o tym wiedział, bo nie kryłam się z tym. Często mówiłam, że chciałabym pojechać tu, albo tam, że marzy mi się podróż do Nowej Zelandii, Kanady, ale i w Bieszczady, czy na Podlasie. Marzyłam, że Razem będziemy odkrywać Świat. Oczyma wyobraźni widziałam Nas niczym tę parę z teledysku Jamala – DEFTO. Marzyłam o wspólnej przygodzie. Miałam nadzieję, że nasze życie może być czymś więcej niż tylko rutyną zbudowaną na wyjściach z kumplami do pubu, pracy, zakupach, wakacjach raz do roku, na które odkładamy okrągły rok.

Generalnie miałam utopijną (dla niego) wizję przyszłości. Widziałam drewniany dom na skraju lasu, z okrągłymi drzwiami, dwa psy, ogród z ziołami, mój gabinet w odcieniach brązu i szarości, w którym pisałabym książki, jego studio nagraniowe pełne sprzętów muzycznych (bo A. potrafi zagrać prawie na wszystkim 🙂 ), koncerty, nas przy kominku planujących kolejną wyprawę. Niestety okazało się, że są to tylko moje marzenia, a On ma swoje. Odmienne.

Miłość

Musicie jednak wiedzieć jedno. Mój związek był wyjątkowy. Jedyny w swoim rodzaju. Nie znam innej takiej pary jak my i myślę, że ciężko by było taką znaleźć. I mimo, że w efekcie końcowym nie jesteśmy razem to nie znaczy, że nam się nie udało. Wygraliśmy miłość, która będzie z nami do końca życia. Ciepłe wspomnienia i wspólne doświadczenia to to co nas kształtuje.

Byliśmy w związku 9 lat. Poznaliśmy się mając po 18 lat, w liceum. Historia niczym z filmów. Wspólne spacery, późne powroty do domu, koncerty, jeżdżenie autobusami nie wiadomo dokąd. Większość rzeczy jakie wówczas zrobiliśmy, zrobiliśmy pierwszy raz, razem. Wiele się od siebie nauczyliśmy, byliśmy dla siebie wsparciem w trudnych momentach. Śmialiśmy się z tych samych rzeczy. Adrian otworzył mnie na muzykę, a ja pokazałam mu, że podróżowanie może być czymś więcej niż tylko jeżdżenie palcem po mapie.

Z drugiej strony byliśmy kompletnie inni. On – romantyk, muzyk, artysta żyjący chwilą. Ja – marzycielka (ale wcielająca z uporem marzenia w życie), ale i pragmatyczka, zorganizowana do bólu (z czym walczyłam i obecnie nie notuje już całej listy rzeczy do zrobienia na dzień kolejny 😛 ) To, że byliśmy tacy inni zasadniczo mi imponowało. Byłam dumna, z tego, że potrafimy stworzyć udany związek, bez kłótni, głupich wymówek, przyziemnych problemów. Przez te 9 lat kłóciliśmy się może z 4 razy, i to też bez histerycznych wrzasków i trzaskania drzwiami. 

Coś jednak  w tym duecie nie zagrało.

Zapewne niektórzy wolą myśleć, że problem leży po mojej stornie. Bo zapragnęłam zobaczyć coś więcej niż tylko Poznań, przeżyć przygodę życia. Znajdą się tacy co powiedzą, że wybrałam marzenia zamiast miłości. Miłość jest u mnie zawsze na pierwszym miejscu. Decyzja o wyjeździe do Australii nie była dla mnie rezygnacją z miłości. Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że Adrian do mnie przyjedzie.

 

Nasz związek jednak “psuł” się od jakiegoś czasu. Adrian tłumaczył to nudą. 🙂 Myślę, że brakowało mu nowych doznań, eksplodujących emocji, uniesień. Tego wszystkiego co towarzyszy nam w pierwszych miesiącach zakochania. Niestety, do wiadomości wszystkich marzycieli – to tylko chemia mózgu. Mija po pewnym czasie, nie ważne jak bardzo byście ją chcieli zatrzymać. 🙂 Kiedy euforia minie zaczyna się prawdziwa miłość, która wymaga pracy i dojrzałości.

W tego typu relacjach jak nasza tkwi pewien podstawowy problem. Jeśli poznajesz kogoś w młodym wieku i kontynuujesz związek przez okres licealny, studencki, jednocześnie pozbawiasz się możliwości “spróbowania” czegoś innego. Oczywiście z mojego puntu widzenia – wygrałam miłość i nic innego się nie liczyło. Jednak nie z każdym jest tak łatwo. Naturalnym jest, że chcemy poznawać nowych ludzi. Nie ma w tym nic złego. Sama, dopiero po rozstaniu zauważyłam korzyści płynące z poznawania nowych osób. 

Myślę jednak, że podstawowym powodem dlaczego nasz związek się zakończył były odmienne plany. Co jest jak najbardziej zrozumiałe. Czego innego oczekujemy od partnera/ki mając lat 19, a 27. Zmieniają się priorytety, poglądy, plany.

Decyzja

Zastanawiacie się pewnie jak to jest. Wyjechać na koniec Świata, zostawiając bliskie wam osoby, mając nadzieję, że wszystko się ułoży.

Jest cholernie trudno. Nie wyobrażacie sobie jak. Szczerze. Nie życzę tego nikomu. A zazdroszczę parą, które podjęły wyzwanie i wyjechały razem. Szczęśliwcy.

Czas jaki miałam do wyjazdu odliczałam ze strachem. Nie cieszyłam się wcale. Nie bałam się o pracę, czy pieniądze. Gdzieś w podświadomości czułam, że mój związek na tym ucierpi. Z drugiej jednak strony nie mam pewności czy gdybym została związek by przetrwał. Myślę, że nie. Ale wiecie jak jest. Zawsze ta głupia nadzieja.

Bałam się samotności, osamotnienia (tak, to co innego). Chciałam mieć przy sobie kogoś kto mnie wesprze. Teraz wiem, że sama dla siebie jestem najlepszym wsparciem, ale… z bliską osobą zawsze raźniej.

Wiecie co najbardziej zapadło mi w pamięć? Jego twarz na lotnisku. Kiedy szłam do odprawy i wiedziałam, że za bramkami nie będzie już odwrotu. Za każdym razem kiedy o tym myślę czuje takie ukłucie, smutek. Czułam się winna, czułam, że Go zostawiłam, mimo, że obiektywnie rzecz biorąc wcale tak nie było. Gdyby tylko chciał mógłby lecieć ze mną. Myślę, że już wtedy czuł, że to koniec i mimo, że nie było między nami romantycznych uczuć jak sprzed 9 lat, czuł to samo co ja, Że traci kogoś ważnego.

 

Jak się pożegnać z klasą, czyli nie mam 15 lat tylko 27 😀

Wiele związków rozpada się w dramatycznych okolicznościach. Zdrady, ciągłe awantury, rozwody, przemoc. Ciężko jest mówić o dojrzałym rozstaniu w takich sytuacjach. Z tego punktu widzenia moje rozstanie wydawało by się błahe. Nikt nikogo nie zdradził, nie kłóciliśmy się jak potłuczeni 🙂 , po prostu coś się wypaliło i nie było siły ani chęci by ten płomień na nowo rozpalić. Jak się kulturalnie pożegnać? Jak zakończyć związek by czuć się dobrze ze sobą?

Prosta sprawa (choć nie dla wszystkich).

Podziękujmy sobie za wspólnie spędzony czas, powspominajmy, usiądźmy przy kawie i porozmawiajmy o tym co nam się udało, ale i dajmy sobie konstruktywne rady (Uwaga! bardzo łatwo jest tutaj zacząć wypominać co było nie tak, nie o to chodzi), a na koniec życzmy sobie szczęścia.

Wydaje się proste. Gdzie leży więc problem?

W dojrzałości, oczywiście. Bo aby szczerze życzyć komuś szczęścia musimy być dojrzali emocjonalnie, musimy pogodzić się z tym, że od teraz ktoś inny będzie dzielił z Nim/Nią to szczęście, które kiedyś “należało” do nas. Mi  się to udało i jestem z siebie dumna. Jak tego dokonałam? Proste. Adrian zawsze będzie dla mnie ważny, zawsze będzie częścią mojej historii, 9 lat to ogrom czasu, masa wspomnień, doświadczeń. A jeśli ktoś jest dla mnie ważny to zależy mi na jego szczęściu.

Takich rozstań wam życzę kochani 😀 (jeśli już będziecie musieli się rozstawać.) 

Na koniec

Nie chcę was zniechęcać do podążania za własnymi marzeniami. Chcę was tylko przygotować na ogrom uczuć i emocji jaki się z tym wiążą. Jest gorzej niż na karuzeli. Dlatego jeśli nie czujecie się na siłach, dajcie sobie czas, przygotujcie się psychicznie. Co może w tym pomóc? Terapia 🙂 Ale o tym w kolejnych postach.

Ciao Pysiaczki 🙂