Norwegia – Stavanger

Norwegia – Stavanger

Norwegia.

O samym mieście Stavanger.

Jest to miasteczko portowe, umiejscowione na południu kraju, nad Morzem Północnym. Niegdyś dość biedne, dziś żyjące głównie z przemysłu naftowego, posilające się rybołówstwem.

Jak najłatwiej znaleźć się w tym miejscu?
Samoloty. Najszybsze i najprostsze połączenie to Gdańsk- Stavanger. Na miejscu jesteśmy po ponad 1,50 godz. Można trafić na bardzo przyjemne ceny biletów. Jeśli odpowiednio wcześnie zarezerwuję się bilet( tanie linie lotnicze typu Wizzair), w obie strony można lecieć już od 150 zł.

Co zabrać?
Przede Wszystkim kurtkę i dobre buty, które nie będą przeciekać! Norwegowie mówią, że u nich zawsze się zmoknie, ale to zależy od Ciebie czy zmokniesz mniej czy więcej.

Ceny
Jak każdemu wiadomo Norwegia nie należy do najtańszych. Nasze 100zł, to niecałe 200 koron norweskich. Wstępy do muzeum, ulgowe 10-50 kr, czyli ich ceny mogę chwilami przekraczać 25 zł. Najlepiej mieć samochód elektryczny na tych terenach. Ładowanie na prąd wychodzi najtaniej, bo ceny prądu nie są tak wysokie i oprócz tego ma się darmowe przejazdy międzymiastowe. Okazuję się, że normalne samochody za każdy wjazd i wyjazd z miasta muszą płacić 25 kr, czyli ok. 12 zł. Za to litra paliwa to koszt koło 6 zł. Dla porównania parę innych rzeczy: papierosy 50 zł, większa czekolada 20 zł, mała butelka coli 12zł.

Atrakcje miasta

Najważniejsza sprawa: Co należy odwiedzić będąc w tej okolicy? Miasto ma do zaoferowania kilka ciekawych miejsc, jednakże najpiękniejsze obszary leżą w pobliżu Stavanger.

Stavanger Gamle– Najstarsza część Stavanger. Można powiedzieć, że jest to miasto w mieście. Gdy weszliśmy na teren Stavanger Gamle czuliśmy się nieco jak w innej epoce. Niewielki białe chatki, każda z zadbanym malutki ogródkiem. W miesiącach letnich musi być tam naprawdę pięknie, gdy przyroda budzi się do życia i wszędzie w doniczkach kwitną kwiaty. Jednak pomimo pory jesiennej, przy jednym domku rosły sobie najnormalniej w świecie… mandarynki. Na terenie kompleksu jest także muzeum konserw. Niestety gdy tam dotarliśmy było już zamknięte.

Ovre Holmegate – Najbardziej kolorowa ulica Stavanger z licznymi restauracjami i kawiarenkami.

Hafrsfjorden jest to fiord na którym odbyło się bardzo ważne wydarzenie w dziejach Norwegii, albowiem miała tam miejsce bitwa, którą wygrał Harald Jasnowłosy. W taki oto sposób stał się pierwszym królem zjednoczonej Norwegii. Na obecność tego wydarzenia, wbite są tam trzy ogromne miecze, które mają symbolizować pokój

Plaża Sola – plaża bardzo rozsławiona przez Internet, jednak nie bardzo rozumiałam dlaczego.

Plaża hellestø strand – w Internecie jest niewiele informacji na temat tego miejsca, a jest jak najbardziej wartę polecenia! Już na samym wejściu doświadczyłam niezwykłego zjawiska, tuż przy wejściu umiejscowione było pastwisko z owcami. Połączenie odgłosu szumu fal i dźwięku owczych dzwoneczków to coś czego nigdy nie wyobrażałam sobie razem a jest naprawdę cudowne.
Plaża urozmaicona była ogromnymi głazami, z których można było podziwiać morze i piękne zielone brzegi i stoki Norweskie.

Manafossen – czyli po naszemu księżycowy wodospad. Do kaskady kieruje niedługi szlak, w deszczową pogodę chwilami może być trochę niebezpiecznie. W przeszłości jedyne wodospady jakie widziałam to Kamieńczyk czy Szklarka. To można sobie wyobrazić 5, 6 takich Szklarek próbując wyobrazić sobie ogrom tego zjawiska. Manafossen jest 7 co do wielkości wodospadem w Norwegii.

Frafjorden– strefa widokowa, z niewielkimi drewnianymi domkami przy brzegu, które można wynająć. To musi być coś, budzić się z takimi widokami.

Preikestolen – słynna skalna półka zwana inaczej amboną o wysokości 604m! Droga do samego punktu widokowego zajmuję koło 2 godz. Trzeba przygotować się na wspinaczkę różnego typu. Chwilami jest płasko i przyjemnie, a innym razem czeka wchodzenie po skałach, między którymi płyną potoki bądź leży masa luźnego materiału skalnego. Mnóstwo pięknych widoków, jednakże najciekawsze, a może i najstraszniejsze czeka na końcu. Na samym klifie Preikestolen trzeba uważać, bo nagle można zrozumieć, że ma się lęk wysokości. Jednakże trzeba to przeżyć, bo to co zobaczy się na górze zapamięta się do końca życia!

Pamiątki, pamiątki

Byliśmy w kilku sklepach z pamiątkami, w których było mnóstwo swetrów takich typowo norweskich, skarpetek czy wełny owczej (owce które są wszędzie w Norwegii). Jednak cena takich ciuszków od 400kr w górę. Taka oryginalna rzecz jaką znalazłam to szynka z renifera, tutaj trzeba uważać bo mięsa z renifera w ogóle tam nie ma. Z jedzenia, to mają tam wiele słonych przekąsek w czekoladzie, które są naprawdę smaczne. I wiadomo różnego rodzaju kubeczki czy breloczki z owcami, trollami czy wikingami. Można także znaleźć foremki do pierniczków w kształcie owieczek bądź łosiów.

Posted by Joanna Świderska

 

Grecja, Zakynthos

Grecja, Zakynthos

Zakynthos (Zakinthos) – to mała wyspa grecka na morzu Jońskim. Stolicą jest miasto o tej samej nazwie. Małe, malownicze,  z wąskimi uliczkami i niewielkim portem. Idealne na krótki spacer. Zakynthos znany jest z żółwi carreta carreta, które stały się symbolem wyspy. A znaleźć je można na plaży Gerakas na południowo – wschodnim krańcu wyspy. Inną atrakcją jest Zatoka Wraku, którą chyba każdy kojarzy z plakatów w biurach podróży.

  • Zwiedzanie: wyspa jest na tyle mała, że spokojnie można ją objechać autem w jeden dzień (ale będzie to mordercze tępo, wiec lepiej podzielić sobie wyspę na dwie część, np. północ, południe i zwiedzanie rozłożyć na dwa dni).
  • Klimat jest śródziemnomorski. Najlepszym okresem na odwiedzenie wyspy jest maj, czerwiec, wrzesień (lipiec i sierpień, jak chcemy się zrobić na “skwarkę”). My byliśmy we wrześniu i trafił nam się 2 z 6 deszczowych dni w całym roku 🙂 ale to była druga połowa września.
  • Jak się tam dostać? Z Poznania – samolotem. Można też dopłynąć promem z  półwyspu Peloponez.

Nocleg

Na wyspie są miejsca, których trzeb unikać jak ognia (chyba, że się lubi klimat rodem z Ekipy z Warszawy). Jednym z nich jest Laganas. Istna imprezownio-bibownia. Klub na klubie, kasyna, rozwrzeszczane laski, napakowania kolesie. Fuj. Dużo spokojniejsza część wyspy to okolice Tsilivi. Tu też znajduje się długa, piaszczysta plaża wyróżniona Błękitną Flagą (za ponadstandardowe walory). W Tsilivi też oczywiście znajdziemy, restauracje, kawiarnie, pamiątki, kilka klubów tanecznych, ale jest to zdecydowanie spokojniejsza okolica niż południowa część wyspy.

Ceny

Ceny oczywiście są wyższe niż nad polskim morzem. Najwięcej zapłacimy za kremy z filtrem (dlatego wjeździe dużo i z wysokim filtrem) i wodę. Czyli produktu niezbędne w takim klimacie. I miejscowi dobrze o tym wiedzą. Ceny:

  • butelkę wody 1l – 1,5 – 3 euro
  • krem z filtrem, mała tubka – 20 euro
  • obiad w restauracji – min. 15 euro
  • wynajem auta – 40-50 euro/dzień (trzeba mieć ukończone 21 lat i prawko min. od 2 lat)
  • leżaki na plaży – 6-8 euro
  • paliwo – 1,5euro/l (z 2012r.)

Skrót informacji do pobrania

Co przywieźć?

Pamiątki to odwieczny problem. Chyba, że zbiera się pocztówki lub kubeczki 🙂 Co zrobić, aby nie zaopatrzyć się w chińszczyznę? To proste. Kupować nie w sklepie z pamiątkami, ale na jakiś wiejskich bazarkach lub w sklepach dla lokersów. Tam dostaniemy lokalne jedzenie i napoje. Warto przywieźć miód z tamtejszych drzew. Ma niezwykłą leśną nutę, a smak w niczym nie przypomina naszych polskich miodów.  Oliwa z oliwek to drugi produkt lokalny. Z tkz. przez mnie dupereli można wybrać figurkę żółwia carreta carreta. Dla mnie najcenniejszą pamiątką są jednak zdjęcia i pocztówki.

Co warto zobaczyć?

Wyspa zachwyca głównie walorami typowo przyrodniczymi, niewiele tu zabytków. Z najważniejszych atrakcji koniecznie trzeba zobaczyć:

Błękitne Groty na przylądku Skinari. Woda jest tam tak przejrzysta jak powietrze. Widoki zniewalające, a ludzi jak na lekarstwo. Na sam przylądek prowadzi jedna droga. Na końcu stoi tawerna w typowym greckim stylu i dwa wiatraki pomalowane na biało (Uwaga! jeden można wynająć). Pod tawerną zostawiliśmy auto i ruszyliśmy do czegoś co było imitacją portu, czyli szopki z jedną łódką. Razem z 5 innymi osobami popłynęliśmy do grot, w których można się wykąpać (dlatego ta opcja jest lepsza od wykupienia wycieczki dużym stateczkiem – bo duży nie wpłynie do grot). Z drugiej strony tawerny schody prowadzą ma skalną polkę z drabinką. Jest głęboko, więc jak nie umiesz dobrze pływać nie ryzykuj.

Zatoka Wraku – z grot ruszyliśmy do zatoki wraku. Chyba najbardziej rozpoznawalnej atrakcji wyspy. Ludzi oczywiście jest masa. Statek na plaży można podziwiać z góry (z balkonu na 4-5os.) lub dopłynąć na plaże wynajętą łodzią. Statek ponoć się tam rozbił, ale chodzą ploty, że mieszkańcy sami go tam “ulokowali” by przyciągnąć turystów.

Plaża Gerakas i żółwie carreta carreta. My na plażę dojechaliśmy o zachodzie Słońca i to chyba najlepsza pora na odwiedzenie tego miejsca. Para lekko unosi się nad wodą, w oddali majaczą skalne klify, a na nich żywo zielony lat. Można poczuć się jak w dżungli. Plaża jest strzeżona, a miejsca złożenia jaj przez samice oznakowane.

Plaża Xinga – plaża, na której niemiłosiernie śmierdzi za sprawą siarki. To naturalne spa jest mało obleganą atrakcją bo można tam dojechać tylko autem. Jadąc od strony Tsilivi zobaczymy tabliczkę informacyjną prowadzącą na dużą plaże, ale ta mała, dzika jest kawałek dalej. Prowadzą na nią schody przy drodze. Plaża jest niewidoczna z drogi więc można ją łatwo ominąć.

Anafonitria – w tym małym miasteczku znajduje się najstarszy na wyspie monastyr Matki Boskiej. Tu swoją samotnie miał też św. Dionizos, patron wyspy. Miejsce to jest magiczne. Małe, odludne. Zabudowania częściowo są w ruinie, częściowo są też zarośnięte. Tak jakby wyspa pochłaniała je po kawałeczku.

Porto Limnionas – kolejna mała zatoczka, o skalistym brzegu. Na skałach stoi tawerna, a do wody wchodzi się po skałach, ale woda ma kolor nieba.

Keri – półwysep, a na nim latarnia morska.

Porto Vromi – to mała, skalista zatoka z niewielką piaszczystą plażą. Prowadzi do niej kręta, wąska droga. Nie ma tam właściwie infrastruktury turystycznej, dlatego nie ma też tłumów ludzi. My byliśmy na wyspie niedługo po pożarze,  który strawił całe zachodnie wybrzeże. Wrażenie porażające. Zero zieleni, za to wszystkie odcienie brązów, żółci i szarości. Mimo wszystko było pięknie.

Stolica – pełna jest kawiarenek i restauracji oraz sklepów z pamiątkami. W mieście warto przejść się uliczkami poza ścisłym centrum. Można trafić na ciekawe zakamarki. Co mnie zaskoczyło to ilość kotów ma całej wyspie, ale w mieście było ich już mnóstwo.

Volimes – miasteczko w północnej części wyspy. Volimes to przykład tradycyjnego miasteczka wyspiarskiego, z kamiennymi domami i wyrobami rękodzielniczymi, jak oliwa , miód sosnowy, dywany. Volimes to prawdziwa egzotyka. Dywany na sprzedaż wiszą na płotach, a za wioską w lesie siedzi sobie staruszka i sprzedaje miód.

Posted by Monika Flawia Kaczmarek

Islandia 2016 Road Trip

Islandia 2016 Road Trip

Intro.

Nie wiem czy jest sens marnować miejsce na kolejne wywody w stylu: jak się tam dostać? co zabrać? gdzie jeść? Ten kto wybiera się na Islandię, myślę, że ma głowę na karku i wie, gdzie jedzie ?

Na wielu innych blogach znajdziecie już całe poradniki. Polecam szczególnie Bite of Iceland Przepiękne zdjęcia i inspirujące teksty o mało znanych faktach z życia Islandczyków. Ale przede wszystkim znajdziecie tu informacje o ciekawych miejscach oraz praktyczny poradnik “Jak tanio Podróżować po Islandii”.

Pokrótce jednak streszczę jak wyglądały nasze przygotowania, gdyż Islandia to jednak nie taki łatwy temat.

Samolot

Najważniejsza sprawa to jak się dostać na Islandię. W końcu to dość daleko. Najlepszym wyjściem jest więc samolot. A ceny różnią się czasami dość znacznie. Osobiście sprawdzałam loty przez dwa miesiące i najlepsze ceny na wrzesień były w czerwcu. Można było wówczas kupić bilet za niecałe 600 zł w dwie strony. Ale niech nas nie zmyli ta niska cena. Tanie linie lotnicze jak WizzAir czy WOW Air doliczają dodatkowe opłaty za niemal wszystko (za miejsce w samolocie, za odprawę na lotnisku, itp). Oczywiście zapłacić tez trzeba za bagaż rejestrowany (ale to raczej nikogo nie dziwi). Tu różnice też mogą być znaczne. Dlatego warto sprawdzić u kilku przewoźników.

Ostatecznie kupiliśmy bilet na WizzAir z wylotem z Gdańska. Cena takiego biletu (razem z wszystkimi dodatkowymi opłatami): 1024 zł

Auto

Wypożyczenie auta to bardzo ważna sprawa. Warto sprawdzić ceny na kilku stronach. Ja polecam taniwynajemaut.pl Wypożyczając auto musimy zwrócić uwagę na kilka ważnych szczegółów:

  • ubezpieczenie (ważne, żeby było kompleksowe = auto szyby !!!, kradzież, uszkodzenia lakieru!!!) Dlaczego to jest tak ważne? Bo jazda po Islandii to jazda po szutrze, kamieniach i tym podobnych. Dlatego ubezpieczenie szyb to podstawa (zobaczycie, jak inni kierowcy będą wam strzelać kamieniami spod kół. My dostaliśmy kilka razy). Tak samo z ubezpieczeniem na odpryski lakieru. To niemal nieuniknione, bo nawet główna trasa nr 1 zamienia się momentami w drogę szutrową.
  • 2 WD czy 4WD? – No najpierw trzeba wiedzieć co to znaczy. Otóż chodzi o napęd. Na cztery koła przyda wam się jeśli planujecie wjazd w interior (ale taki naprawdę interior). Na większości tras 2WD spokojnie dałby radę. My mieliśmy wprawdzie 4WD, ale nawet na drogach offroadowych nie był nam potrzebny. A cena takiego auta jest dwukrotnie wyższa!!!
  • Umowa – spisywana jest po angielski, a najważniejsze zapisy są zazwyczaj małym druczkiem. Dlatego umowę powinna podpisywać osoba znająca angielski!!! Może się tak zdarzyć, że ubezpieczyciel będzie chciał obciążyć wasze konto na czas wypożyczenia samochodu. Są to zazwyczaj duże kwoty i niedoczytane tworzą problemy.
  • Kierowca – to kolejna ważna sprawa. Pamiętajcie, że osoba wypożyczająca auto jest jednocześnie pierwszym kierowcą, a za każdego kolejnego trzeba dopłacić.
  • Odpowiedzialność – pamiętajcie, że drogi na Islandii choć są w bardzo dobrym stanie, nie należą do najłatwiejszych (deszcze, silne podmuchy wiatru, brak pobocza, pagórkowate tereny, góry, szutry, itp.). Dlatego jeśli nie czujecie się na siłach – nie pchajcie się za kierownicę. Chodzi nie tylko o was, ale o zdrowie i życie pozostałych pasażerów. Rozsądek first!

Bagaż

WizzAir ma limit 23 kg bagażu rejestrowanego. Spakowaliśmy się na styk, zabierając sporo ciepłych ubrań i jedzenie na pierwsze 3 dni. Ponoć na Islandię nie można wwozić suszonej kiełbasy, kabanosów, itp. Można! ? A przynajmniej mi się udało. W końcu: wyprawa bez kabanosów, to nie wyprawa. Co zabrałam lub czego nie zabrałam,a by się przydało:

  • polar x2 (jeden zupełnie wystarczy)
  • wełniany sweter x1
  • bielizna termiczna x1 (spodnia, koszulka)
  • bielizna (zapas skarpetek to podstawa)
  • grube skarpetki (do spania)
  • koszulki x3
  • spodnie dresowe x2
  • zwykłe spodnie x1
  • traper x1
  • buty zimowe  (nie przydały się)
  • kurtka zimowa
  • buff
  • czapka
  • rękawiczki
  • pidżama ??? (pod namiot zupełnie nie przydatna, ale w hostelu była OK)
  • ręcznik
  • klapki
  • strój kąpielowy !!! (kąpiele w gorących rzekach i źródłach)

Z ciuchów to tyle i tyle zupełnie wystarczy na 10 dni. Inne rzeczy:

  • palnik gazowy !!!
  • sztućce (ja mam takie składane 4 w 1)
  • garnek (bez niego nawet wody nie podgrzejecie na zupkę chińską ? )
  • kubek
  • talerzyki lub miseczki (do zupek)
  • zapałki
  • gąbka do naczyń
  • latarka
  • przejściówka do zapalniczki samochodowej !!!
  • ładowarka do kamery i telefonu
  • karty pamięci
  • przewodnik
  • dobra mapa (najlepiej wodoodporna)
  • namiot
  • plandeka !!! (nieoceniona, jeśli macie namiot za 100 zł)
  • linka (do przywiązania plandeki)
  • koce ratunkowe (8 zł w aptece, a może uratować życie)

Garść praktycznego info

Butli gazowej na pokład samolotu nie zabierzecie. Można je kupić „ponoć” na każdej stacji. No, nie do końca. W Keflaviku na żadnej stacji nie kupicie butli. Warto szukać w sklepach sieci BYKO  63°59’57.6″N 22°32’48.6″W   (takie nasze Castoramy). Dalej już jest nieco prościej i faktycznie na stacjach pojawiają się butle. My na wszelki wypadek kupiliśmy od razu 4 małe butle (i tyle nam wystarczyło, przy codziennym gotowaniu rano i wieczorem wody na herbatę i zupki, a w ciągu dnia jakiś gulaszy).

Wymiana pieniędzy na euro to kiepski pomysł. Oczywiście prawie wszędzie przyjmą euro, a wydadzą w koronach islandzkich. Ale praktyczniej jest po prostu płacić kartą. Debetowa również daję radę. To mit, że tylko kredytową można płacić. Ale, żeby nie było rozczarowania lepiej udać się do swojego banku i jeszcze dopytać.

Nocowanie na dziko jest możliwe. My tak spaliśmy większość czasu (2 razy w hostelu). Wszyscy rozpisują się o tych płotach, które są wszędzie. Prawda,  jest ich sporo, ale tylko na południu. Niemniej mało kto mówi o innym problemie. znacznie dla nas poważniejszym. Brak drzew.  Na Islandii nie ma drzew, a co za tym idzie ciężko jest się schować (nie przed kimś, ale na przykład przed wiatrem). To też inny problem. Toaleta ? nie ma za czym się schować.  Nam znalezienie dobrego miejsca zajmowało zwykle koło godziny. Spaliśmy w zagłębieniach, na gnojowisku, za jakimś wałem z ziemi, na fiordzie (ale to akurat było głupie, bo nas prawie zdmuchnęło). Kolejna sprawa to podłoże. Niemal wszędzie albo kamieniste albo podmokłe. My mieliśmy koce ratunkowe, które rozkładaliśmy na spodzie namiotu, więc było całkiem przyjemnie. ?

Godziny działania sklepów i stacji, a także innych punktów usługowych są na Islandii cudowne. Szanuje się tam pracownika i dlatego sklepy czynne są zwykle od 9 do 19, a w weekendy od 10 – 18, a czasem nawet do 14:00. Stacje paliw są samoobsługowe. Wkładamy kartę do automatu i tyle. Nie ma za to sklepów typu Żabka, czynnych cała dobę. Jest sieć Bonus, najtańsza. Są też sklepy Netto (nieco droższe). Wszystko czynne max do 19:00. W dużych miastach (jak Akureyri, Rejkiavik) dłużej są czynne kawiarnie i puby (ale też bez szału. W Akureyri ok. 22 barman zerkał na nas czy aby nie chcemy już wyjść).

Trasa

Nie ma większego sensu rozpisywać się dokładnie jak jechaliśmy, bo każdy z was przygotuje sobie z pewnością swoją unikatową trasę i z pewnością na miejscu zostanie ona poddana próbie i zmodyfikowana kilkukrotnie (jak  w naszym przepadku, kiedy na drodze po porostu coś nas zaciekawiło i zboczyliśmy z drogi).

To co ciekawego można zobaczyć w regionie znajdziecie na zdjęciach (oczywiście to tylko części atrakcji, bo po przylocie zatrzymywaliśmy się co 5 minut na fotkę, ponieważ wszystko było fascynujące i takie inne).

A jeśli zdjęcia wam nie wystarczą, to zapraszam na film z wyprawy.

Półwysep Reykianes

Pierwszego dnia po przylocie nocowaliśmy w Gardur na polu namiotowym, za 7 euro od osoby, ale mieliśmy do dyspozycji kuchnię na powietrzu i toalety z ciepłą wodą i ogrzewaniem. Nie był to najlepszy wybór, bo od oceanu bardzo ciągnęło i nieco zmarzliśmy.

Drugiego dnia przejechaliśmy cały półwysep trasą nr 45 oraz 425 i dalej 427, odbijając po drodze na Blue Lagoon i jezioro Kleifarvatn. Warto tu podjechać, bo przed samym jeziorem są tereny geotermalne ze śmierdzącym wyziewami 🙂 Na półwyspie warto też odwiedzić most łączący dwie płyty tektoniczne. Euroazjatycką i północnoamerykańską. Dla miłośników geografii i geologii takich, jak ja jest to niesamowite przeżycie.

Þingvellir

Następnie pojechaliśmy do PN Þingvellir (trasa 427, 38, 1, 35, 36) po drodze mijając zielone tereny porośnięte nieznanymi mi krzakami, w których kryły się prześliczne domki letniskowe, a na horyzoncie wyłaniały się księżycowe góry o kopulastych szczytach. Widoki są przepiękne, a sam Park robi wrażenie. Również pod względem infrastruktury turystycznej. W Parku zobaczycie przedłużenie tych samych płyt tektonicznych (no, raczej) co w okolicach Keflaviku, z tym że w dużo większej skali. Do tego piękne wodospady i ścieżki skryte wśród krzewów, a wszystko w otoczeniu jeziora o niespotykanej wręcz przejrzystości. Z Parku Narodowego ruszyliśmy w kierunku Geysira. Osobiście uważam, że tereny między PN, a Heklą (czyli wszystko co rozciąga się od Geysira i Gulfoss na południe) to jedne z najpiękniejszych miejsc na Islandii. Jest tam tak zielono i soczyście,  a dodatkowo wszędzie są konie i pastwiska. Klimat też jest tu przyjemny. Nie wieje.

Islandia Południowa

Południe wyspy to wodospady, ostre krawędzie gór, fale oceanu, wulkany i lodowce. Wszystko monumentalne. Po nieudanej próbie objechania Hekli (tylko dla auto-olbrzymów) wróciliśmy na drogę nr 1, a tam atrakcje niemal układają się jak na tacy. Jedna za drugą. Wystarczy kawałek zjechać z drogi na parking, przejść 200 m i już jesteśmy pod wodospadem. Lub za, lub nad, lub obok. Z każdej strony wodospadu. Z pewnością trzeba zobaczyć wulkan Hekla i Eyjafjallajökull, wodospady: Seljalandsfoss, Gljúfrafoss (to ten nieco dalej, do którego wchodzi się albo po łańcuchach, albo przez wąski przesmyk, po kamieniach w strumyku), Skógafoss (ten to dopiero olbrzym. Wejście na sam szczyt zajmuje chwilkę. Warto włączyć Endomondo :D). Kolejnym ciekawym miejscem są czarne plaże. Jest ich kilka, a my jedną prawie byśmy przeoczyli. Pierwsza to Reynisfjara (najlepszy widok jest jadąc droga 218 do samego końca, ale można też na nią zejść wjeżdżając drogą 215), drugą widać po wjechaniu pod latarnię Dyrhólaey Arch, a trzecia to taka najbardziej dzika w miasteczku Vik i Myrdal. Dalej naszym oczom ukazały się ogromne jęzory lodowcowe, co mnie osobiście wprawiło w osłupienie i zachwyt. Pod koniec dnia zajechaliśmy do Hofn gdzie w portowym pubie wypiliśmy piwo. Za oknem szalała wichura, lało jak z cebra, a my siedzieliśmy w ciepłym pubie patrząc przez małe okno w nadziei na poprawę pogody.

Fiordy wschodnie

Pogoda się nie poprawiła i tak po nocy na fiordzie (której nikomu nie polecam, chociaż widok rano był nieziemski) ruszyliśmy w kierunku Egilsstaðir. Większość czasu chmury wisiały tak nisko, że nic oprócz kawałka gór i czerni oceanu nie było widać. To też nie robiliśmy postojów i niemal całe fiordy przejechaliśmy na „jednym wdechu”. Wydarzyło się tam jednak coś niezwykłego. Pierwszy raz w życiu widziałam dzikiego renifera. Stał sobie ot tak na zboczu góry.

Mimo fatalnej widoczności warto było jechać tą malowniczą trasą. Wierzę, że przy sprzyjającej pogodzie widoki muszą być oszałamiające. Więc nie zniechęcajcie się i jeśli macie czas i pieniądze (bo to sporo dodatkowych kilometrów) to wybierzcie się na fiordy wschodnie.

Islandia Północno – Wschodnia

Jednym z miejsc, które koniecznie chciałam zobaczyć było Seyðisfjörður, ponieważ na drodze nr 93 do tej właśnie miejscowości kręcono scenę „longbordową” z Waltera Mitty. To jedno z najładniejszych miasteczek jakie widziałam. Urokliwe, z kolorowymi domkami i ogromnym promem w porcie, który wydaje się nieco nierzeczywisty na tle tych drewnianych domeczków. Głową atrakcją jest błękitny kościół. Na mnie jednak ogromne wrażenie zrobiło otoczenie. Miasto leży na samym końcu fiordu, w dolinie, przez którą prowadzi kręta i jedyna droga. W Kaffi Lara przy „deptaku” zjedliśmy hamburgera z islandzkiej wołowiny. I był to chyba najlepszy hamburger jakiego jadłam (fot.). Ta część Islandii to także jedyny las na wyspie, wodospady i księżycowy krajobraz pól lawowych. Wioska, którą polecam wam odwiedzić to Möðrudalur, najwyżej położona wioska na Islandii. Okolica jest niezwykle malownicza, a kawiarnia jest wręcz bajkowa. Poczułam się tam jak u dawno niewidzianej babci. Było ciepło i przytulnie. I tam właśnie kupiłam ręcznie robione rękawiczki z owczej wełny, bo te w sklepach z pamiątkami są z maszynowej produkcji (i są 4 razy tańsze).

Okolice jeziora Myvatan to również krajobraz księżycowy, z pseudo kraterami, wyziewami, bulgoczącymi błotkami i gorącymi źródłami (kąpiel w Myvatn Nature Baths to koszt ok. 120 zł, ale możesz siedzieć do woli).

Akureyri

To miasto mnie urzekło. Atmosfera jest nieco senna, jak wszędzie zasadniczo. Ale mamy tu przytulne knajpki i kawiarnie z pysznymi ciastami i regionalnymi piwami. Główna ulica nie jest zbyt długa, ale każdy znajdzie tu coś dla siebie. W Akureyri nocowaliśmy w hostelu (AkurInn GuestHouse, 115 zł/os. w pokoju 4-osobowym. Bardzo fajne miejsce w dobrej cenie i lokalizacji), bo wszystko już mieliśmy mokre po kliku dniach w deszczu. W mieście wart zobaczenia jest ogród botaniczny, który ma tam rację bytu ze względu na panujący mikroklimat (i faktycznie w okolicy było nad wyraz ciepło). Na głównej ulicy weszliśmy do pubu Götubarinn, niepozorny zielony domek skrywający sporą kamienną piwnicę z fortepianem. Ale najlepsza była muzyka. Hity z lat młodości :P.

Islandia Północna

Islandia Północna to tajemnicza kraina o zróżnicowanym krajobrazie. Od przepastnych plaż na okolonych skałami wybrzeżach, przez rozległe doliny górskie z rwącymi rzekami, po odległe, wietrzne półwyspy, które zamieszkują najwytrwalsi. Tu docierają nieliczni, bo to daleko, bo nie ma tu “znanych atrakcji” co kawałek. Jest za to inaczej. Dziko. Nie ma tylu turystów, przepychających się Azjatów z aparatami. Jest cicho (tylko wiatr dmie, aż głowę urywa), zwyczajne. Tu toczy się prawdziwe życie Islandczyków. Tu można to poczuć.

Chyba najbardziej warto zjawić się w Glaumbær. Są tu dobrze zachowane domki torfowe z pięknym widokiem na dolinę. Wszyscy też z pewnością będą chcieli zobaczyć Trolla zamienionego w skałę, ale szczerze mówiąc to tylko skała, więc jeśli chcecie jechać taki kawał tylko dla zdjęcia tej skały to osobiście uważam, że nie warto. Ale jeśli po drodze zajedziecie do Glaumbær czy do Sauðárkrókur to już inna sprawa 🙂

Półwysep Snæfellsnes

Półwysep Snæfellsnes znalazł się na naszej liście ze względu na górę Kirkjufell. Ponoć najpiękniejszą górę Islandii. Niestety cały półwysep skąpany była w deszczu. Zdjęcia wyszły kiepskie, bo chmury były nisko zawieszone. Przejechaliśmy Snæfellsnes trasa 54, a następnie 574 przez  Snæfellsjökull National Park, gdzie wjechaliśmy w pobliże lodowca. Warte zobaczenia są miasteczka Stykkishólmur z modernistycznym kościołem Stykkisholmskirkja (przed miastem można wejść na szczyt Helgafell. Koniecznie nic nie mówiąc podczas wspinaczki oraz nie obracając się za siebie. Wówczas na szczycie można pomyśleć 3 życzenia, które rzekomo się spełnią) oraz Grundarfjörður, w którym władze oddały kilka działek Elfom. Zachodni kraniec półwyspu porośnięty jest niemal cały mchem. Króluje tu krajobraz księżycowy z polami lawowymi i kopulastymi wzniesieniami. Na wybrzeżu spotkać można liczne gatunki ptaków

Reykjavik kojarzy nam się głownie z kościołem Hallgrimskirkja. Ale Reykjavik to również kameralne uliczki, kolorowe domy, ciekawa architektura, główny deptak Hverfisgata z  licznymi sklepikami i kawiarenkami. miłośnicy designu i nowoczesnej architektury zakochają się w Harpa Concert Hall and Conference Centre, przepięknej sali koncertowej, całej ze szkła. Będąc w stolicy warto też spróbować lokalnego jedzenia. Dla odważnych zgniły rekin (nawet niedrogo, 500Kr za kawałek), dla mniej odważnych tradycyjne potrawy kuchni islandzkiej, czyli głownie ryby. My znaleźliśmy wspaniałe miejsce gdzie za 2000Kr mogliśmy jeść do woli i dokładać sobie tyle razy ile chcieliśmy. Do tego woda cytrynowa, a to wszystko w miłej atmosferze jaką tworzyła przemiła Azjatka prowadząca tę knajpkę w samym porcie. Jedzenie było wyśmienite. Nigdy jeszcze nie jadłam tak dobrych ryb. Były zupełnie inaczej podane. Nie tak jak u nas – ociekające tłuszczem i panierką, ale w sosach, lub jako puree, albo rybne pulpeciki. Mniam. Polecam Sjávarbarinn. Mimo, że w stolicy byliśmy ponad 7h skupiliśmy się na pamiątkach i samym centrum. Gównie też dlatego, że korzystaliśmy z siły własnych nóg co nieco nas ograniczało. Nie zwiedziliśmy więc nawet 2% miasta, które naprawdę zachwyca. Warto poświęcić mu nieco więcej czasu.

Mech i pola lawowe. Przemyślenia. Islandia.

Mech i pola lawowe. Przemyślenia. Islandia.

Wrażenia z Islandii

Właśnie wróciłam z 10-dniowej wyprawy po Islandii. Na nic specjalnie się nie nastawiałam, więc też się nie rozczarowałam. Od początku było jasne, że Islandia to kraj, który może mnie tylko zachwycić. I tak też się stało. Mech, który tak uwielbiam jest wszędzie 🙂 

Słowo, którym mogłabym opisać Islandię to “przepastny“. Wszystko tam jest wielkie. Ogromne pola lawowe, monumentalne góry, doliny, wodospady, lodowce, fale oceanu rozbijające się o brzeg. Jedynie domy wydają się małe, liche i jakby toczące nieustanny bój z naturą. Jest w Islandii coś tajemniczego, nieco mrocznego, magicznego. Czy chodzi o trolle? Niekoniecznie. Raczej sama przyroda stwarza wrażenie, jakby chciała opowiedzieć nam od dawna skrywaną tajemnicę. Wszędzie jest mnóstwo zieleni o tysiącu odcieni, czerni, szarości i brudnej bieli. To są kolory kraju “ognia i lodu”. Pośród tych barw pojawiają się jaskrawe, kolorowe domy o małych oknach chroniących przed zimnem.

O ludziach.

Islandczyków nie spotkałam wielu, ale tych co widziałam mogę określić mianem ludzi twardych. To mieszkańcy dalekiej Północy. Widać, choćby po ubierze, że są zahartowani do niskich temperatur. Kiedy ja zakładałam rękawiczki i czapkę matka z malutkim synkiem w samym sweterku minęła mnie na chodniku w Akureyri. Podobnie ubranych widziałam dwóch chłopców na fiordach wschodnich. Młodzi ludzie w miastach, choć stylizują się na vikingów raczej nie wiedzą zbyt dużo o trudach życia z dala od “cywilizacji”. Widać spore naleciałości z kontynentu. Hipsterskie brody, spodnie rurki i swetry w serek. Ale czy to coś złego? Oczywiście, że nie. Pokazuje to tylko jedno: że nie ważne gdzie mieszkasz, młodym zależy na tym aby wyglądać modnie, podążać za trendami i nie ma się im co dziwić.

O zwierzętach.

Urzekli mnie hodowcy owiec i koni. Tych zwierząt jest tu najwięcej. Owce są niemal wszędzie. Wychodzą na drogi, budzą cię rano beczeniem, bacznie cię obserwują kiedy przechodzisz obok. Są czarne, białe, łaciate, z rogami do góry lub do dołu. Wspinają się na najwyższe szczyty, śpią na dachach, a płoty są dla nich tylko umowną granicą. Właściciele koni to dla mnie charyzmatyczne postaci. Oglądaliście islandzki film “O koniach i ludziach“? Trailer  Dokładnie takich hodowców koni widziałam na Islandii. Nie straszny im deszcz, wiatr, kiedy trzeba przeprowadzić konie w inne miejsce po prostu to robią. Ubierają żółte kurtki i ruszają w drogę.

A więcej historii z Islandii i opis całego road tripa znajdziesz tutaj. 

Rozważania

Po każdej wyprawie powstają rozważania. Zadajemy sobie pytania. Czy zobaczyliśmy wszystko co chcieliśmy? Czy zrobiliśmy coś spektakularnego? Co najbardziej nas zaskoczyło? Analizujemy czy wszystko dobrze zaplanowaliśmy. Zależy mi aby w danym miejscu przystanąć na chwilę i „zobaczyć je naprawdę”.

Cała wyprawa była dość spontaniczna (mimo, że planowana od kilku miesięcy). Miałam ogólny zarys „atrakcji” jakie trzeba zobaczyć, ale chciałam także poczuć nieco prawdziwej Islandii. Czy się udało? Po części. A raczej powinnam powiedzieć – momentami. Były takie chwile, jedząc burgera z islandzkiej wołowiny (ponoć najlepszej na Świecie) w Seyðisfjörður (tam gdzie kręcono scenę „longbordową” z Waltera Mitty) albo próbując wszystkich możliwych rodzajów ryb w rybnym bufecie w porcie w Reykjaviku, kiedy czułam prawdziwą Islandię. Ale do tego, by dany kraj poczuć potrzeba czasu, którego w tak krótkich podróżach zazwyczaj brakuje. Spieszymy się, żeby zobaczyć jak najwięcej, zdążyć na samolot, odhaczyć wszystkie punkty z listy.

Z DRUGIEJ STRONY…

…po tygodniu chciałam już wracać do domu. Widoki choć przepiękne mogą się nieco znudzić. Szczególnie kiedy mijasz kolejne pole lawowe, a za oknem szaro buro i pada. Pogoda ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie w drodze. Oczywistym jest, że wszystko wygląda lepiej w blasku Słońca. Dwa ostatnie dni non stop padało i choć na trasie były jeszcze punkty do zrealizowania czułam przesyt i straciłam zapał. Myśl o spaniu w mokrym namiocie też nie napawała optymizmem. Inna sprawa to ekipa. Trzeba się naprawdę dobrze dogadywać, żeby wytrzymać ze sobą 24h/dobę.

Czego się nauczyłam o sobie?

Ten wyjazd nauczył mnie kilku rzeczy. Między innymi tego, że czasami lubię być sama, że nie cierpię obsługiwać innych (uważam, że sama sobie ze wszystkim radzę, ale czy to znaczy, że jestem feministką i mam obsługiwać facetów, bo sami sobie nie dadzą rady?! na pewno nie.), że wolę wydać więcej pieniędzy, ale spać w ciepłym. Oczywiście spanie w namiocie na fiordzie, czy na polu z baranami było ogromna przygodą życia, ale lubię wiedzieć, że mam wybór, że śpię pod namiotem bo chcę, a nie dlatego, że nie stać mnie na hostel.

 

A jakie są wasze wrażenia z Islandii?