Bali: 10 wskazówek dla początkujących, czyli jak nie dać się wyrolować.

Bali: 10 wskazówek dla początkujących, czyli jak nie dać się wyrolować.

Jesteśmy na Bali w Indonezji. WOW! Co dalej?

Wszystko pięknie. Jest dziko, jest przyroda, jest egzotycznie, bo inaczej, jest też bieda. A jak jest bieda to trzeba być czujnym na każdym kroku. Nie to, że ludzie są źli. Nie. Są cudowni, ale wiadomo – chcą zarobić. A turysta to synonim pieniędzy. I faktycznie większość odwiedzających Bali to bogaci Australijczycy i Rosjanie. Generalnie biali. My też biali (1/2), wiec też z pieniędzmi – w mentalności mieszkańców wyspy.

To moje pierwsze zetknięcie z tak biednym krajem i muszę przyznać, że po Australii moja czujność została uśpiona i zostaliśmy kilkukrotnie naciągnięci. Płacąc więcej. Niemniej na co chcę zwrócić uwagę: to więcej to od kilku do kilkunastu dolarów. Dla nas nie robiące, aż tak dużej różnicy, a dla mieszkańców to ogromne pieniądze. Mimo wszystko wolelibyśmy “nie przepłacać” za każdym razem 😀

A o moich wrażeniach z Bali możesz poczytać tutaj. 

10 wskazówek dla początkujących:

 

1. Wiza – wiele informacji na blogach jest mylących. Sprawa wygląda tak – wizę można dostać na 30 dni (za darmo) lub na 60 dni ($35 za pierwsze 30 dni i $35 za przedłużenie wizy. Problem jednak polega na tym, że nie można od razu na wjeździe zadeklarować 2 mc i za nie zapłacić. Płacisz za 30 dni, a następnie na tydzień przed końcem tych 30 dni musisz zgłosić się do agenta migracyjnego lub ambasady aby wizę przedłużyć. Zostawiasz tam swój paszport (no, no, never) i po kilku dniach odbierasz z wizą na kolejny miesiąc. Wiąże się to wiec z pozostaniem w jednym miejscu przez minimum tydzień i kolejnymi opłatami.

Rada: wjedź na miesiąc, potem wyjedź (do Kuala Lumpur, Bangkok, Darwin – najtańsze połączenia lotnicze) i po 1 dniu możesz już wjechać na kolejne 30 dni. 

Bali

2. Transport z lotniska – pierwsze zderzenie z mieszkańcami to taksówkarze na lotnisku. Nachalni do granic. Będą tak długo cię namawiać, aż się zgodzisz. Proponują “najniższe ceny”, pokazują licencje, podążają za tobą przez całe lotnisko, tłumaczą, że Uber na lotnisko ma zakaz wjazdu – FAKE NEWS!!!

Rada: nie zwracaj uwagi, nie nawiązuj rozmowy, zamów UBER (170000 IDR = 42 PLN na trasie    Denpasar – Ubud, 1,5h, za taxi 350000 IDR!!!)

Bali

3. Karta SIM – jeśli planujesz zostać w Indonezji na dłużej warto kartę kupić. Jeśli potrzebujesz ciągłego dostępu do internetu – karta będzie niezbędna (choć oczywiście znajdziesz kawiarnie i restauracje z Wi-Fi). Telkomsel to taki nasz T-Mobile lub Orange. Karty można kupić z internetem lub bez i potem doładować przez internet.

Rada: kup kartę na lotnisku (my kupiliśmy na jakimś wioskowym kramiku, rzekomo 15 GB, okazało się że 10 GB) i od razu zarejestruj (tak jak w Polsce musisz rejestrować kartę. Możesz to zrobić w każdym większym mieście pokazując paszport – koszt 12 PLN).

Bali

4. Wymiana waluty – opłaca się wymienić pieniądze na Bali. Stawki są dużo korzystniejsze (przynajmniej porównując do Australijskich).

Rada: weź gotówkę i wymień na Bali, ale tylko w większych punktach wymiany walut na głównych ulicach, nie wchodź w małe uliczki bo możesz dostać banknoty, które już wyszły z obiegu.

5. Płatności – postaraj się mieć zawsze banknoty o niedużym nominale, jak 5k, 10k, 20k. W restauracjach nie jest to problem, ale na stacji paliw czy wiejskim targu nikt ci reszty nie wyda, a tylko miło się uśmiechnie i ewentualnie dorzuci kolejną rzecz.

Rada: napiwek, czy tak zwany tip jest często wliczony w usługę w większych restauracjach, ale danie małego napiwku kelnerce jest mile widziane. Nie dawaj za to pieniędzy dzieciom, które sprzedają pocztówki czy kamienie. Nie wspieraj wyzysku dzieci!

6. Sarong – a co to takiego? Rodzaj okrycia, jaki Indonezyjczycy zakładają wchodząc do świątyni (a często też noszą na co dzień). Turyści mają obowiązek nosić sarong, jeśli chcą wejść do świątyni (a najlepiej mieć też zakryte ramiona!). Przed każdym obiektem stoi więc masa kramików, a kobitki namawiają, nawołują, ubierają cię w sarong. “Sarong, Sarong – you need to enter the temple”. No i masz. Nikt nam nie powiedział, że każda świątynia ma sarongi na stanie, które przy wejściu można po prostu ubrać i oddać wychodząc. Nieźle się uśmialiśmy 😀 Ale przynajmniej mamy fajną pamiątkę, a sarong wygląda modnie i można go nosić jak szal 🙂

Rada: Sarong możesz wypożyczyć w świątyniach, a jeśli chcesz kupić to: ręcznie robiony nie powinien być droższy niż 200 000 IRD, a taki farbowany 100 000 IRD. 

        Nie pytajcie ile zapłaciliśmy 😀

Bali

7. Auto czy skuter? Skuter! Auto jest bardzo trudno znaleźć, przynajmniej w Ubud. Prawdopodobnie w Kuta (bardziej imprezowe miasto na wybrzeżu) jest nieco łatwiej. To co jest tu niezmiernie popularne to taxi. Możesz wypożyczyć auto z kierowcą nawet na kilka dni i będzie cie woził gdzie chcesz. Jest to jednak stosunkowo drogie (dla nas, w porównaniu do skutera). Ruch drogowy wygląda jak samobójstwo, jednak tylko z boku. Jeżdżąc skuterami zauważyliśmy, że każdy trzyma się w miarę swojego pasa, daje sygnał klaksonem (sporo klaksonów!) przy manewrach. Skuterem też dojedziesz wszędzie i to dużo szybciej, bo auta na wąskich drogach, często zarwanych przez deszcze nie są w stanie przejechać. Jedynie komfort nieco mniejszy, ale za to przygoda przednia 😀

Rada: wypożycz skuter, koniecznie z kaskiem, kup plastikowe poncho (pada sporo) i ciesz się wolnością przemieszczania. Koszt: 60 000 IRD = 15 PLN/dzień

Bali

8. Negocjacje – jak już wspominałam na początku turysta = pieniądze. Dlatego ceny za niektóre produkty mogą być kilkukrotnie wyższe niż powinny.

Rada: Negocjuj. Jeśli nie jesteś w tym dobry po prostu udawaj, że nie jesteś zainteresowany. Powiedz, że za drogo i powoli zacznij się rozglądać po innych kramikach. Bardzo szybko cena spadnie. Czasem nawet dwukrotnie. 

9. Jedzenie – próbuj wszystkiego. Tak tak, może niektóre miejsca nie wygadają zbyt higienicznie, ale jeśli lokalsi tam jedzą to znaczy, że jest dobre. Spróbuj szczególnie soków, które są z Prawdziwych owoców. 🙂

Rada: Pamiętaj aby jeść potrawy, które przygotowane są na twoich oczach (szczególnie na lokalnych marketach).

10. Zwierzaki – wszyscy trąbią o tych agresywnych małpach ze wścieklizną, które będą cię gonić aby porwać twój portfel. Małpki są dość przyjazne, przypadki wścieklizny nie były tu notowane od dawna. To na co trzeba uważać to – PSY. Psy niestety mają pasożyty i choroby skórne, które łatwo przechodzą na człowieka. Można je dość łatwo wyleczyć, ale wizja robaczków oddających mocz do moich mieszków włosowych nie jest zbyt pociągająca.

Rada: Unikaj kontaktu z psami. Nie dotykaj, nie wołaj, nie karm. 

Coś pominęłam? Coś byście dodali?
Australia: Jak radzić sobie z nieuczciwym pracodawcą?

Australia: Jak radzić sobie z nieuczciwym pracodawcą?

Problem z pracodawcą?

Zapewne nie jeden z was miał lub ma problem z pracodawcą w Australii. Nie jest to niczym nowym. To nie nasz kraj (a i w Polsce na każdym kroku chcą cię wyrolować) i Australijczycy często wykorzystują naszą nieznajomość prawa.

Co musisz wiedzieć chcąc legalnie pracować:

  • pracodawca powinien podpisać z tobą umowę (tam wypisujesz swoje dane, nr konta bankowego, superanuation account, TFN)
  • pieniądze powinny być wypłacane na konto bankowe raz na tydzień lub dwa tygodnie,
  • pracodawca ma obowiązek płacić superanuation
  • pracodawca powinien wystawiać payslipy przynajmniej raz na tydzień.

Jak to wygląda w praktyce?

Większość z wizowców jest zatrudniona bez umów, bez super, pieniądze do ręki. Takie rozwiązanie jest może i dobre jeśli jesteście backpackersami i co miesiąc jesteście w nowym miejscu i nie zależy wam na dobrych zarobkach. Bo nie oszukujmy się bez umowy jest oczywiste, że pracodawca zaproponuje $15-$17 na godzinę, gdzie minimalna krajowa to $18,29 (z umową). Legalna praca jest ci też potrzebna jeśli planujesz przedłużyć wizę o kolejny rok. Payslipy to twój główny “dowód w sprawie”.

Mój przypadek

Mój przypadek nie jest odosobniony, a wręcz staje się normą. Pracodawca obiecuje jedno, a po niedługim czasie zmienia warunki zatrudnienia. Dodatkowo brak umowy, payslipów, zmienna stawka (oczywiście niższa od krajowego minimum), mobbing. Jedyny plus to pieniądze wpływające na konto.

Jak działać, kiedy jeszcze pracujesz w danym miejscu?

  1. porozmawiaj z pracodawcą, zapytaj się dlaczego zmienił warunki (w moim przypadku nie pomogło)
  2. przedstaw wydrukowane informacje ze strony Fair Work pokazujące jaka płaca ci przysługuje (taką radę otrzymałam od Fair Work – niezbyt trafna, ale warto spróbować)
  3. rób zdjęcia – dokumentuj wszystko, aby mieć dowód, że faktycznie pracowałeś w danym miejscu (grafiki, timehifts, selfie).

Nie pomogło? Kroki prawne

Jeśli twoje prośby i tłumaczenia nie poskutkowały czas na prawdziwą walkę. Czego boją się pracodawcy w Australii? Taxation Office i Fair Work. Krok po kroku jak działać:

 

  1. Zgłoś sprawę do JobWatch (to organizacja, która pomaga pracownikom w rozwiązywaniu problemów z pracodawcami w sposób polubowny, ewentualnie przy pomocy prawnika, jeśli jesteś studentem nie musisz płacić).
  2. Zgłoś sprawę do Fair Work  (organizacja rządowa, jednak jedyne co mogą zrobić to wywrzeć nacisk na pracodawcy i przedstawić mu ewentualne konsekwencje, nie mają jednak prawa zmusić go do podjęcia konkretnych działań. Warto jednak zaraportować. Mi moja koordynatorka załatwiła payslipy w 2h, po oczywiście moich naciskach).
  3. Napisz Letter of Demand (można pobrać przykładowe ze strony JobWatch)
  4. Jeśli to nie pomogło znajdź prawnika z Law Institute Victoria. Nie jest to tanie, bo za godzinę pracy trzeba zapłacić od $300 do $350, ale jeśli walk jest o dużą kwotę warto spróbować.

Pamiętaj!

Jeśli chcesz iść do sądu to pamiętaj, że daną sprawę należy zgłosić do sądu zależnie od stanu, w którym zarejestrowany jest pracodawca. Czyli np. w moim przypadku Port Douglas – Queensland. Jeśli przeprowadziliście się już do innego stanu zawszę można wyznaczyć prawnika działającego w twoim imieniu.

Sprawy, których nie da się rozwiązać przy pomocy Fair Work czy JobWatch można złościć jako tak zwane Small Claim, jest to tańsze i szybsze rozwiązanie, ale jednak wiąże się z wydatkami. Dlatego warto na początek naciskać na Fair Work, raportować nawet 2-3 razy, tak długo, aż zadziałają.

Moje przesłanie

Na koniec mam do was ogromną prośbę – walczcie o swoje, nie psujcie rynku! Jeśli jedna osoba pozwoli na złe traktowanie, zgodzi się na niskie płace, brak ubezpieczenia, brak umowy pracodawcy chętnie to wykorzystają. Jeśli każdy z nas zawalczy o swoje prawa mamy szanse na lepsze zarobki i równe traktowanie. I nie tyczy się to tylko Australii, ale i każdego kraju, także Polski.

wilson-prom
Pożegnanie z Australią. Czas na przeprowadzkę. Dokąd teraz? :)

Pożegnanie z Australią. Czas na przeprowadzkę. Dokąd teraz? :)

Pożegnanie z Australią.

Bolesne niemal jak pożegnanie z Polską. Łzy, lekkie załamanie nerwowe, panika. Czego tak się boję? Powrotu do “normalnego życia”, do Polski? A czy to życie nie jest normalne? Jest, chociaż czasem wydaje się, że niezupełnie. Rozumiecie co mam na myśli? Ci co mieszkali dłużej za granicą chyba rozumieją to uczucie. Lekki surrealizm sytuacji, w której jesteśmy rozdarci miedzy starym, a nowym. Nie wiemy gdzie jest nasze miejsce.

Tam – dom, rodzina, znajomi, wspomnienia z dzieciństwa, poczucie względnej asekuracji, chociażby na poziomie komunikacji.

Tu – dom, ale nie do końca swój, znajomi, nie do końca na resztę życia, ale zawsze, wspomnienia i  chyba to co najważniejsze – nowy początek. Uczucie, że jest się nową osobą, że to co stare zostało za nami i otwierają się nowe możliwości.

Myślę jednak, że nie jest to pożegnanie na zawsze.

Pożegnanie pożegnaniem, ale ja wciąż tu jestem 😀

Od początku, więc (więc nie na początku zdania. moja polonistka była by dumna :D). Plany zmieniły się diametralnie. Po powrocie z Port Douglas, gdzie jak wiecie pracowałam te 3 miesiące, aby dostać kolejną wizę, okazało się, że czeka mnie batalia o dokumenty. Mój błąd, że zaufałam nieodpowiedniej osobie. Ale o nieuczciwych pracodawcach wkrótce.

Nadzieję na wizę były blade. Zeczełam myśleć co dalej. Wracać do Polski, nie wracać? Jesteście ciekawi odpowiedzi?

Wracać!!! 😀

Ale tylko na moment, a może na dłużej. Tego nie wiem. Robienie planów często wiążę się z rozczarowaniem, kiedy trzeba plany zmienić, więc mam zarys ogólny, plan A i B, a nawet C się znajdzie.

so hipster

To jak z tym powrotem, czyli plany na najbliższe miesiące.

Z Australii wyjeżdżam 22 stycznia i lecę na Bali. W Indonezji chcę zostać przynajmniej 2 miesiące (głównie Sulawesi, Jawa, Sumatra), następnie Borneo (dostałam przecież mapę to muszę jechać :P) malezyjska część oraz na pewno Wietnam i Angkor Wat w Kambodży.  Jeśli starczy chęci na dalsze podróże to Filipiny i Tajlandia oraz Laos. Następnie Polska!!! 😀

Do Polski chciałabym przylecieć latem. Głównie ze względu na pogodę, mniejszy szok temperaturowy – haha – niekoniecznie, ale warto spróbować.

W Polsce trochę zostanę ze względów zdrowotnych. Następnie kierunek Anglia lub Szkocja 🙂

bali-ubud

Najciekawszy moment. Skąd na to pieniądze?

Nie obrabowałam banku, nie zarobiłam tyle by zaoszczędzić (niestety na północy pracodawcy sprytnie wykorzystują fakt, że większość wizowców musi tam odrobić te 3 miesiące, aby dostać wizę). Skąd więc?

Po powrocie do Melbourne na początku grudnia przeprowadziłam się do nowego mieszkania i zajęłam się głównie walką z byłym pracodawcą o dokumenty potrzebne do wizy oraz przygotowaniami do przyjazdu siostry.

W między czasie uczyłam się też Interior Designu. Nie będę zagłębiać się w szczegóły techniczne, bo to dla większości nuda. Generalnie robię projekty mebli na wymiar. Obecnie pracuję nad dwoma projektami – klinika   i apartamentowiec w Melbourne.

Pokrótce jak to wygląda: dostaję projekt architektoniczny budynku z danymi technicznymi i designem od architekta. Moja rola polega na przeniesieniu tego projektu (i poprawieniu, bo architekci nie ogarniają życia) do innego programu i krok po kroku zaprojektowaniu każdego elementu tak aby można było go wysłać prosto do fabryki, gdzie zostaje wycięty w drewnie lub innym materiale, złożony do kupy i zainstalowany w apartamencie. I ta da.

Tak więc teraz pracuję. Z domu, z balkonu, z łóżka. I tak będę pracować dalej podczas podróży.

Szykujcie się na dawkę przesmacznych zdjęć, bo zamierzam spróbować każdego robaka, owocu i warzywa na lokalnych targach, street foodach i w restauracjach. 🙂

Moją podróż możesz śledzić też na Instagramie. A jak chcesz być na bieżąco to zapraszam na FB

Tunezja – kraj piaszczystych plaż, luksusowych kurortów i kolorowych medyn.

Tunezja – kraj piaszczystych plaż, luksusowych kurortów i kolorowych medyn.

Tunezja - tytułem wstępu

Tunezja jest to specyficzny kraj, w którym trudno nie odnieść wrażenia, iż potwierdzają się wszystkie zasłyszane o nim wcześniej stereotypy – co nie znaczy oczywiście, że są to stereotypy złe. Jeżeli chcecie się wybrać do Tunezji, być może nieco pomoże Wam ten skromny przewodnik-relacja z wycieczki którą odbyłem w sierpniu 2008 roku w okolice miasta Susa. Należy wziąć małą poprawkę na fakt, iż wyjazd ten odbył się przed znaną już wszystkim polityczną rewolucją w Tunezji, oraz iż w gruncie rzeczy był typowy wyjazd wypoczynkowy „do hotelu”, jednak mimo tego niezbyt ambitnego celu i formuły podróży udało mi się sporo rzeczy zauważyć oraz podpatrzyć. A więc – jak z tą Tunezją?

Jak w życiu i na filmach, ludzie zawsze mając wybór, najpierw chcą wysłuchać wiadomości złych. A więc zacznijmy od, może nie „minusów”, ale od rzeczy na które „trzeba się przygotować”.

Po pierwsze

(I chyba najdziwniejsze) – dziwny zapach. Tak, to dziwne, ale w Tunezji po prostu… jakoś dziwnie pachnie 😀 Jest to fakt o którym najpierw przekonałem się na własnej skórze, a potem o dziwo usłyszałem/przeczytałem od innych. Zapach ten nie jest jakimś przelotnym nieprzyjemnym zapachem, który wynika z tego, że np. kraj mógłby mieć problemy z kanalizacją, bezpiecznym przechowywaniem odpadów czy jeszcze czegoś innego, to po prostu dziwna woń, która sprawia wrażenie, jak gdyby w środku upalnego lata wejść nagle do niewietrzonego przez kilka dni samochodu. To parny, duszny zapach parującej ziemi zmieszanej trochę z …hmm no dobra, cały akapit unikałem tego stwierdzenia, ale jakby z sierścią czy wybiegiem dla kóz czy koni xD xD xD Ok, jak już to już 😀 Moim pierwszym odruchem po postawieniu nogi w drzwiach wyjściowych samolotu był grymas na twarzy i myśl „śmierdzi tu bąkiem, tudzież mokrym koniem” xD

Po drugie

Jest to państwo, którego całe życie skupia się wokół wybrzeża, plaż i hoteli. Jednego z dni chcieliśmy zrobić mały rekonesans poza hotel i dzięki temu dowiedzieliśmy się dwóch, w zasadzie trzech rzeczy 1) Od razu za murami hotelu, odgrodzeni od wody kilkoma piętrami długiego hotelu, temperatura odczuwalna wzrastała o co najmniej 10C’. Byliśmy w szoku, że 200 metrów dalej od wody czuliśmy się, jakbyśmy spadli do jednego kręgu piekła głębiej. Spalona na popiół, czerwona wrząca ziemia parowała powodując, że żar atakował już z każdej strony. W życiu nie czułem takiego gorąca z wyjątkiem fińskiej sauny. 2) Już za samymi murami hotelu krajobraz był, w dużym skrócie, godnym kandydatem do zagrania w trailerze do Mad Maxa. Jedna spękana, dojazdowa droga, na horyzoncie żywego ducha czy też budynku, za to kilka porzuconych wraków, kamienie, piach i krzaki cierniowe 🙂 Po małym wyjrzeniu za róg napotkaliśmy stację benzynową w której strasznie namawiano mnie na kupno koszuli reprezentacji Argentyny Messi’ego i tutaj właśnie rzecz trzecia, lecz na następny akapit 🙂

Medyna w Tunisie

Medyna w Tunisie

Medyna w Tunisie

Medyna w Tunisie

Zostawiajcie napiwek świadomie w widocznym miejscu – zresztą, kto nie dałby małego dinara za tak zwinięte majtki? 🙂

Po trzecie

– I czego w sumie można się było domyślić – targowanie się. Sprzedawca zrobi wszystko, żeby przedstawić ci wszystkie argumenty za tym, abyś coś kupił. Oczywiście po pierwsze, najpierw wywali cenę z czapy, by pod koniec w geście ostatniej szansy zaoferować cenę nawet o 50-60% tańszą. Sytuację taką miałem w stolicy, Tunisie, gdzie na terenie tamtejszej medyny, (czyli starej arabskiej dzielnicy-bazarze), pewien pan usiłując sprzedać wątpliwej jakości okulary przeciwsłoneczne z nalepką adidas, zaczął pewnie i zachęcająco od ceny 100 dolarów(!), by po 1,5-2 minutach odmów i prób ignorowania, z desperackim uśmiechem rzucić propozycją brzmiącą mniej więcej „OK, 1 DOLAR!” 😀 Inna rzecz miała miejsce w pobliżu słynnego muzeum Bardo, w którym nota bene doszło w zeszłym roku do ataków terrorystycznych… Kupując do przekąszenia jakiś batonik, tudzież dwie malutkie paczki ciastek nie miałem odliczonej sumy pieniędzy. Najpierw oczywiście musiałem wytargować cenę (na tą i tak napisaną na produkcie xD ) potem dać całe 2 dinary, gdyż nie miałem wymaganych 1,5. Ze zdumieniem stałem kilka sekund patrząc jak sprzedawca wydaje towar, pieniądze odkłada do skarbonki i… i nic. Być może uznał, że to napiwek. Gdy obydwaj już uzmysłowiliśmy sobie, że coś jest nie tak, zapytałem o resztę. Nie chciał jej wydać i po kilkudziesięciu sekundach patowej sytuacji, zamiast dać resztę, dał trzecią paczkę. Dlatego taka rada, nigdy w krajach arabskich nie dajcie więcej pieniędzy niż macie zapłacić, bo macie jak w banku, że prędzej niż oddać resztę dorzucą wam jakąś rzecz, której nie potrzebujecie i która i tak nie jest tyle warta. P.S.Sama Medyna w Tunisie jest bardzo ładna, a oficjalnie wpisana na listę UNESCO 🙂

Po czwarte

Kolejną rzeczą i ciekawym odnotowania jest fakt, iż już na samym początku opiekunka wycieczki opowiadając nam o warunkach pracy, wynagrodzeniach i płacach w Tunezji wręcz prosiła nas o to, abyśmy jeżeli tylko możemy, zostawiali jakiś napiwek, najczęściej paniom sprzątającym pokoje pod naszą nieobecność. Nie pamiętam o jakich (żałośnie niskich oczywiście) kwotach była mowa, ale jestem prawie pewien, że skromny podarek w wysokości jednego dinara musiał być co najmniej 1/4 zarabianych przez personel pieniędzy i nie wiem, czy nawet nie na dzień (!). Stąd wyłania nam się nieco przykra perspektywa, w której my, wypoczywający z Europy turyści jesteśmy wyręczani i obsługiwani przez osoby, które zarabiają mniej, niż kosztuje pierwszy lepszy drink w plażowym barze. I tutaj również pojawia się ogromna porada – również wskazana przez panią opiekun – aby być pewnym tego co zostawiamy w pokojach! Napiwki zazwyczaj zostawiamy w widocznych miejscach np. na łóżku, lecz siłą rzeczy trzeba być absolutnie przygotowanym na to, iż każdy najmniejsza moneta leżąca na wierzchu, na blacie, na pościeli, na podłodze, na szafce, stole czy na zlewie zostanie potraktowana jako napiwek! Zostaliśmy na to ogromnie uczuleni w autokarze przed przyjazdem do hotelu aż do tego stopnia, że pojawiły się także historie o kradzieżach z szafek i to nie tylko pieniędzy, lecz aparatów, biżuterii i innych dobrach… Nie próbuję Was teraz zniechęcić do przyjazdu do Tunezji twierdząc, że “w pokojach kradną”, lecz uczulam, abyście po 1) Pamiętali, że monety czy banknoty odłożone gdzieś teoretycznie w bezpiecznym miejscu (także w szufladzie przy łóżku) mogą być zwyczajnie, (uczulam – nie skradzione), lecz bez złej woli sprzątaczek, sprzątaczy, personelu, potraktowane jako napiwek. Po 2) Wszystkie cenniejsze rzeczy których nie będziecie potrzebowali podczas wyjścia z pokoju – po prostu,  zamykajcie w swoich torbach. 

Wystarczy marudzenia!

Teraz popiszemy o rzeczach naprawdę fajnych 🙂 Po pierwsze: oczywiście plaże i hotele. Osobiście nie zauważyłem czegoś co nazywane jest “arabskim przelicznikiem gwiazdek”, czyli pewnym zaburzeniem proporcji typu “ich 5 gwiazdek to jak nasze dwie”. Niestety nie pamiętam, ile miał ten w którym przebywaliśmy, jednak lista atrakcji i aktywności którymi można było się zająć była według mnie naprawdę długa. Wymieniając z pamięci – na terenie samego hotelu znajdowały się – wewnętrzny basen; coś na wzór kameralnej, bardzo ładnie urządzonej sali koncertowej, bardziej klubo kawiarni z dużymi kanapami, podestem i masywnym fortepianem; na terenie zewnętrznym mały amfiteatr (kilka z jego stopni na 3 zdjęciu w akapicie “po drugie”) w którym w określonych terminach odbywały się okazjonalne przedstawienia; stół do ping ponga; osobny budynek z naprawdę dobrze wyglądającą dyskoteką (duży parkiet, wygodne kanapy, b.dobre oświetlenie i dźwięk), oczywiście basen zewnętrzny zaraz przy hotelu z klimatycznym barem oraz stanowiskiem DJ-a, który puszczał naprawdę przyjemnie bujające i nie przeszkadzające w niczym wakacyjne nuty 🙂 (Moi rodzice oczywiście stwierdzili, że “Wszystko fajnie, ale tę muzykę to by już mogli wyłączyć” – bo hałas oczywiście :D). Każdego wieczoru w granicach godziny 22:00 odbywały się pewnego rodzaju gry i zabawy prowadzone przez rezydentów, poprzedzane zawsze krótkim wstępem przeznaczonym dla dzieci, w którym było trochę teatrzyku i kukiełek jak i mini gier i zabaw. Potem zostawali dorośli i rodzice, i korzystając z wciąż otwartego baru zasiadali do stolików z sokami, shake’ami, kuflami piwa bądź drinkami coli z miejscową wódką-Boca (drinki polecam, piwo nie 😀 ) Było trochę muzyki oraz dużo zabaw angażujących zebraną publiczność, która było widać, że spędza go naprawdę miło i przez większość czasu z uśmiechem na ustach i to wcale nie przez ciągle otwarty bar 😀 Przy recepcji codziennie wisiała rozpiska z zajęciami sportowymi i ofertą na dany dzień, a były to np. fitness z aerobikiem wodnym w jednym z basenów, siatkówka i koszykówka wodna, a na samej plaży znajdowało się boisko do siatkówki plażowej na której o danych godzinach w dane dni rozgrywane były mecze. Można było także skorzystać z dwóch stanowisk oferujących obowiązkową przejażdżkę na kultowym bananie oraz loty na spadochronie za motorówką – tutaj już wiadomo płatne. Po plaży często przechadzali się panowie podobni do swoich nadbałtyckich kolegów po fachu, tyle że nie oferowali oni piwa ani lodów za pomocą zmyślnych rymowanek, a za to mnóstwo pięknych muszli, pereł, kapeluszy z trzciny, kolorowych chust, także butelek wina, niedużych roślin i małych rzeźb z drewna i rękodzieł. Byli także właściciele wielbłądów, którzy za skromną opłatą oferowali zdjęcie ze swoim pupilem. Policjanci na koniach patrolujący plaże też się znaleźli, choć tutaj nie wiem jak ze zdjęciem 😉 Do tego dużo “stanowisk wegetatywnych” z parasolkami z trzciny oraz kawałek betonowego dojścia na samą plażę, po którym raz po raz przechadzali się kelnerzy, którzy donosili drinki i trunki pod sam leżak skwierczącego już petenta 🙂 Co do asfaltowych płyt – na pierwszy rzut oka też wydało mi się to brzydkie, ale po pierwszym kontakcie z wrzącym piaskiem zrozumiałem, że była to rzecz niezbędna i przydatna. Od tamtej pory przechodząc po plaży zawsze galopowałem w podskokach, by tylko stanąć na pół miliona stopni chłodniejszym betonie 🙂 Tak więc trochę pomarudziliśmy o warunkach poza hotelem, ale jeżeli chodzi o spędzanie czasu w nim samym – jeżeli lubicie wyjechać żeby po prostu w końcu się wyleżeć i wynudzić w hotelu i na plaży – nie powinniście być zawiedzeni 😉

Tekst by Adrian Ardjan Michalak