Begpacking najgorszym trendem w turystyce.

Begpacking najgorszym trendem w turystyce.

Przewodnik po świadomym podróżowaniu

Mam na swoim koncie podróże po 3 kontynentach, odwiedziłam kraje wysoko rozwinięte, ale i skrajnie biedne, podróżowałam różnymi środkami transportu i podczas tych wyjazdów zaobserwowałam, delikatnie mówiąc bardzo niepoprawne zachowania turystów lub jak niektórzy wolą – podróżników.

Z tego powodu postanowiłam stworzyć Przewodnik po świadomym podróżowaniu, cykl wpisów opisujący niebezpieczne, głupie lub niemoralne trendy w turystyce. Znajdziecie tu też garść praktycznych porad: jak podróżować z głową i poszanowaniem innych kultur i środowiska. Niby banalne, a zobaczycie ile małych błędów popełniamy, często nieświadomie.

 

Żebrzący podróżnicy, czyli begpacking

 

Obecnie mierzymy się ze wzrastającą z “prędkością światła” liczbą osób podróżujących. Wynika to z łatwości z jaką możemy się przemieszczać, wzrostem poziomu życia i zwiększeniem ilości czasu wolnego. Ilu podróżujących tyle trendów i motywów. Niestety z własnych obserwacji widzę, że wiele z tych trendów idzie w bardzo złym kierunku.

Jednym z nich jest begpacking. Nie mylić z backpacking – podróże z plecakiem. Begpacking to po prostu żebranie na dalsze podróże. Beg – z angielskiego – błagać.

Pierwszy raz spotkałam się z tym problemem w 2017 w sieci, czytając informacje z Azji o “białych turystach zbierających pieniądze na swoje podróże“. Już wtedy wydało mi się to niemoralne i niesmaczne. Nie zdawałam sobie sprawy ze skali problemu. Nie przyszło mi do głowy, że taki sposób podróżowania może przyciągnąć sporą rzeszę zwolenników. Obecnie begpacking jest niezwykle popularną formą podróżowania, szczególnie w Azji.

 

Begpacker vs. Backpacker

Zadziwia mnie tupet tych wszystkich młodych europejczyków czy amerykanów żebrzących na swoje egzotyczne wyjazdy. Zazwyczaj są to młodzi ludzie, w pełni sprawni, inteligentni (choć czasami trudno w to uwierzyć widząc jak się zachowują), mogący z łatwością znaleźć pracę (dorywczą, fizyczną). Ale kto by tam chciał pracować skoro można żebrać. Tylko, no właśnie jest pewien problem.

Taki begpacker nigdy nie dostanie wsparcia w krajach wysoko rozwiniętych, jak Australia czy Niemcy, bo tam go po prostu wyśmieją, powiedzą Masz dwie ręce i nogi to do roboty. 

Backpacerem możesz być wszędzie, uczciwie zarabiając pieniądze (o nieuczciwości zatrudniających nie będziemy tu dyskutować) na swoje dalsze podróże. I tu backpacking wygrywa. I tak powinno być. Bo dlaczego jedni ciężko pracują na swoje marzenia, a inni mają to dostać za darmo? Jeszcze żebrząc na ulicach krajów średnio rozwiniętych lub biednych, których to mieszkańcy powinni dostawać wsparcie od turystów, a nie odwrotnie.

Podróże – dobrem luksusowym, a nie niezbędnym

Czy begpacking jest niemoralny?

Niektórzy być może powiedzieliby, że nie ma w tym nic złego. Skoro ktoś chce im dać te pieniądze to dlaczego nie. Nie ma w tym nic niemoralnego. Zadajmy sobie jednak pytanie, czym są podróże? Czy są nam niezbędne do życia? Czy bez nich umrzemy? Otóż NIE. Podróże są dobrem luksusowym, wartością dodaną do naszego życia, nagrodą za ciężką pracę.

Wynika z tego, że ja mogłabym stanąć na ulicy z tabliczką zbieram na BMW i też powinnam liczyć na pieniądze. W końcu auto też jest dobrem luksusowym, to czemu mieli by nie dać. A wy Podróżnicy, dali byście coś takim “potrzebującym”? 

W begpackingu jest coś tak paskudnego, że miałabym ochotę zaciągnąć tych wszystkich zepsutych do szpiku pseudo-podróżników na farmy Outbacku do zbierania owoców. I już wam tłumaczę dlaczego. Zapraszam na: Historia z Kuala Lumpur.

Historia z Kuala Lumpur

Kuala Lumpur to stolica Malezji, kraju w Azji. Malezja jest na 38 miejscu pod względem gospodarczym na Świecie. Niby nie ma tragedii, ale szału też nie. Samo Kuala Lumpur to mix bogactwa i biedy, i to sąsiadującej ściana w ścianę, ulica w ulicę.

Pewnego wieczoru szłam ulicami miasta, akurat obchodzony był Chiński Nowy Rok i było bardzo kolorowo. Jedna z ulic jest szczególnie zatłoczona, bo znajduje się na niej uliczny market. Kupić tu można wszystko. Od pamiątek po egzotyczne owoce. Między straganami zauważałam parę młodych chłopaków, typowych hipisów w spodniach aladynkach, w długich brodach (tacy modnisie na czasie), białych. Chwilę im się przyglądałam z uśmiechem. Przystojni, dobrze zbudowani (spokojnie znaleźli by pracę, chociaż dorywczą). Nagle spostrzegłam kartonową tabliczkę: zbieramy na podróż dookoła Świata.

Ambitnie. Kto by tam na bilet do domu zbierał. Przyjrzałam im się nieco bardziej. Markowe ciuchy, ukulele (chyba tylko dla ozdoby), okulary przeciwsłoneczne. Nawet nie wysilili się żeby sprzedawać jakieś rękodzieło czy robić te głupie sztuczki magiczne. Rzuciłam im spojrzenie pełne pogardy i odeszłam.

Przeszłam może 100 m.

Po drugiej stronie ulicy siedział mężczyzna, Malezyjczyk (tak przypuszczam po rysach twarzy i kolorze skóry). Siedział na kawałku deski z prowizorycznie przykręconymi kółkami. Nie miał ręki i obu nóg. Prosił o pieniądze na jedzenie. 

Najlepsze podsumowanie i streszczenie tego wpisu.

I lekcja angielskiego w jednym 🙂

A w kolejnym poście…

Wyścig szczórów

 

Streszczenie 2018 – krótko i na temat, o tym dlaczego zaległa cisza na blogu. Spokojnie, już wracamy!

Streszczenie 2018 – krótko i na temat, o tym dlaczego zaległa cisza na blogu. Spokojnie, już wracamy!

hej Pysiaczki

Jedziemy z tym koksem, bo trzeba wrócić do tematów podróżniczych. Wyjaśnię wiec na szybko i krótko co się u mnie działo, że się nie pisało na bloga. A następnie już nieco bardziej interesujące tematy. Zabiorę was do parnej Indonezyjskiej dżungli, na rajskie, Australijskie plaże i chaotyczne drogi Bali. 

Pożegnanie Australii

Ci co śledzą wiedzą, że w styczniu (2018) opuściłam Australię i  prawie dwa miesiące podróżowałam po Azji. Dokładnie Indonezji i Malezji. Szczegóły niebawem na blogu.

Pożegnanie z Australią było bardzo bolesne i tak naprawdę już na dwa tygodnie przed wyjazdem czułam, że to zła decyzja. Niestety było za późno, żeby to odkręcić (więc teraz kombinujemy jak wrócić :D).

Anglia

W marcu wylądowaliśmy w zimnej, mokrej, szarej, generalnie paskudnej Anglii. Po zielonych i słonecznych lasach Indonezji był to prawdziwy szok temperaturowy i kulturowy. Miesiąc mieszkaliśmy u rodziny Edgara w Hinckley. Niewiele dobrego mogę powiedzieć o tym miasteczku. Małe, szare, malutkie centrum, kilka kawiarni, kilka ładnych pabów, okolica po -górnicza, wiec każdy kto kojarzy film Billy Eliot wie jak tu wygląda. Wizja mieszkania tam przez więcej niż kilka tygodni budziła we mnie lęk i poczucie depresji.

Aczkolwiek rodzina bardzo nam pomogła pozwalając nam mieszkać u siebie, za co jestem wdzięczna. Niemniej dla mnie był to kolejny szok. Tym razem kulturowy. Rodzina Edgara to mix hiszpańsko-meksykański.

Wakacje w Polsce

Wiosną przelecieliśmy do Polski. Tutaj spotkaliśmy się z bandą administracyjno-urzędniczych półgłówków. Jak to mówi moja koleżanka – tępe dzidy. Ale o tym w kolejnych postach (warto poczytać – będzie się z czego pośmiać). Oprócz walki z systemem podróżowaliśmy po kraju i trochę organizowaliśmy nasz ślub 😀 Swoją drogą chyba najszybciej ogarnięty ślub (przynajmniej wśród znajomych). Polecam się dla planujących własny ślub. Chętnie pomogę 😀 Zabawne i mniej zabawne historyjki z planowania ślubu w kolejnych odsłonach 😀

Anglia ponownie

Początkowo myśleliśmy, że będzie to emigracja, ale zdecydowaliśmy, że raczej pitstop. Jesteśmy tu niecałe 3 miesiące, więc pewnie spora większość powie, żeby nie marudzić, bo to dopiero początek. Zrobiliśmy jednak analizę porównawczą i niestety, Anglia nie jest nawet blisko Australii pod kątem poziomu życia, pogody, itp. Jedyny plus, ale za to bardzo duży to bliskość Europy i możliwość wyskoczenia na zakupy do Berlina czy Mediolanu. 😀 Jeśli ma się czas i pieniądze. I ochotę.

Wiem, że tak samo było z Melbourne. Narzekanie (takie Polskie, nie. A wiecie, że Hiszpanie są jeszcze gorsi?), a potem wielka miłość. Jestem świadoma, że Leeds będzie bliskie memu sercu, jak każde miejsce, w którym mieszkałam, ale póki co nie widzę tu swojej długoletniej przyszłości.

Także pewnie nas gdzieś znowu poniesie. 

Jakieś propozycje? 

W jakich krajach mieszkacie lub jakie polecacie? 🙂

Ej Pyśki,

na koniec podzielę się z wami moją ukochaną piosenką. W sam raz na piątkowy wieczór, do potańczenia 😀

Polska vs. Australia – różnice i podobieństwa

Polska vs. Australia – różnice i podobieństwa

WSTĘP

Coś o opinii na początek.

Poniższy post, jak i wszystkie inne zawierają moją prywatną opinię na dany temat. Moja opinia nie jest ani lepsza, ani gorsza od Twojej (takie rozróżnienie nie istnieje). Moja opinia może być po prostu INNA niż Twoja.

Dlaczego o tym piszę? Zauważyłam, że jest pewna grupa odbiorców, którzy albo odbierają moje teksty bardzo personalnie, albo mają niepohamowaną potrzebę wyrzucenie z siebie pokładów negatywnych emocji, wynikających jak sądzę z niezadowolenia ze swojego życia.

Dlatego zanim napiszesz komentarz Pamiętaj, że na moim blogu nikt nikogo nie oczernia, nie ocenia, nie hejtuje. Każdy za to może wyrazić swoją, INNĄ (niż moją) opinie.

Buziaki 🙂

Czy Polska ma  w ogóle coś wspólnego z Australią?

Wiadomo, że pod wieloma oczywistymi względami Polska nigdy jak Australia nie będzie, ani Australia, jak Polska. Nie mamy palm (warszawska się nie liczy), ciepłego morza z rekinami (:P), niespotykanej nigdzie indziej fauny. Tu od razu napisze dla obrońców Polski, że oczywiście nasza ojczyzna też piękna, inna, bogata w historię, której w Australii zwyczajnie nie ma. A ta co była skrupulatnie jest zamiatana pod dywan. 

Z Australią mamy co nieco wspólnego. Modne stało się zdrowe jedzenie, bycie fit i męskie brody (tu niestety panowie przeczytali chyba tylko połowę artykułu pt. jak udawać Wikinga, bo sama broda to nie wszystko :D) . Obawiam się, że tutaj podobieństwa się kończą.

Różnica między Polską, a Australią której zapewne nigdy nie zmienimy.

Ciężko będzie dogonić Australię pod względem ekonomicznym. To pewne. Chyba, że rozwiniemy sektor edukacyjny. Dojąc studentów międzynarodowych jak krowy na łące, a w zamian dając im niski poziom edukacji, ale za to w Europejskim kraju (tak mniej więcej działa system edukacji w Australii, ale to długi temat i na kiedy indziej). Do niedawna wydawało mi się, że jest jednak coś dobrego co na Polską ziemię można by przenieść, i że jest to możliwe. Co to takiego? Nastawienia do drugiego człowieka, szczególnie w kontakcie klient – ekspedient/sprzedawca.

W Australii sprzedawca wita cię uśmiechem, pytaniem Jak się masz (nawet jeśli ma to w dupie, miło to usłyszeć), jak może pomóc. Na tym obsługa się nie kończy. Zagaduje, dopytuje jak ci mija dzień i czy jedzenie smakowało. W opozycji, tutaj ani dzień dobry, ani uśmiechu, nic. Zaraz podniosą się głosy, że pewnie w złe miejsca chodzę. Oczywiście, że nie wszędzie tak jest, i że generalizacja nie jest dobra. Są wyjątki od reguły. Niemniej to malutki odsetek w porównaniu z większością.

Dlaczego Polska nie dogodni Australii?

Obsługa klienta to najważniejszy element pracy. Jeśli jest na niskim poziomie klientów tracimy. Logiczne. W Polsce jednak doszło do pewnego wypatrzenia. Zdecydowana większość pracowników ma potencjalnego klienta w dupie (nie ci co mają własne firmy, oczywiście, ci uwijają się jak pszczółki). W innym kraju po prostu poszlibyśmy do innego sklepu/szpitala/restauracji. Tutaj nie mamy za bardzo wyboru, bo idziemy gdzie indziej, a tam powtórka z rozrywki.

Przykład:

Australia

W Melbourne weszliśmy do sklepu Tesli. W japonkach, szortach, nieco spoceni. Ekspedientka z wielkim uśmiecham oprowadziła nas po sklepie pokazując poszczególne samochody, tłumaczyła skomplikowaną specyfikę zawieszenia, zaproponowała ściągnięcie aplikacji, na którą wysyłać będzie do nas nowości. Traktowała nas jakbyśmy mieli za chwile kupić samochód za pół miliona dolarów. I wiecie co? Jeśli będzie mnie kiedyś stać na drogie auto to kupię właśnie Teslę. Dzięki takiej, a nie innej obsłudze.

Polska

Szukałam butów na specjalną okazję. Poszłam do Starego Browaru w Poznaniu. Jak wiadomo część sklepów jest bardzo droga dla przeciętnego Polaka. Niemniej jak wchodzę do danego sklepu zdaję sobie sprawę, że może być drogo. Skoro już weszłam to znaczy, że chce coś kupić, a nie że się zgubiłam. „Obsługa” wygląda tak: wchodzę, mówię dzień dobry (choć to ona/on powinien mnie powitać), zero odpowiedzi, rozglądam się mimo wszystko, kontem oka widzę jak ekspedientka taksuje mnie wzrokiem, widzi trampki, szorty, ocenia. Wnioskuje, że nie warto nawet powiedzieć dzień dobry. Wychodzę, a ona traci klienta. Kolejne zakupy zrobię online.

I to nie jest pojedynczy przypadek. Niemal w każdym sklepie, do którego weszłam sytuacja była podobna.

Dopóki będziemy traktować w taki sposób potencjalnego klienta nigdy do standardów Australijskich się  nie zbliżymy. A już nie porównując do innych państw, czy nie było by milej po prostu okazywać jakieś ludzkie uczucia od czasu do czasu. Trochę empatii. Rozumiem, że się nikomu nie chce wysilać za minimalną krajową, ale wydaje mi się, że można czerpać większą radość z pracy będąc miłym, pogodnym, pomocnym. Jak nie dla pieniędzy to dla własnej satysfakcji dobrze wykonanego zadania.

Polska

Polska ma jednak coś czego Australia nigdy mieć nie będzie.

Historię. Bogatą, długą, bolesną. I to dzięki tej hostorii jesteśmy narodem tak zjednoczonym i w chwilach trudnych, jak chociażby pandemia Covid-19 (2020) działamy dla wspólnego dobra, dbamy jeden o drugiego. W Australii trochę tego brakuje. Takiego uczucia jedności. I nie ma co się dziwić. Co australijczykow jednoczyć? Australia to kraj zbudowany na emigrantach, z każdego zakątka Świata. Dzieli ich historia, kultura, obyczaje, kuchnia, poglądy religijne, języki, nastawienie do pracy, kobiety, zwierząt.

I mimo, że Australia chucznie krzyczy, że jest krajem emigrantów, ci ludzie nie tworzą jedności. I systuacja z pandemią Civid 19 boleśnie to potwierdziła. Emigranci bez stałego pobutu zostali pozostawieni sami sobie, studentom, którzy wnoszą ogromny wkład finansowy w ekonomię kraju (edukacja to 3 najsilniejszy sektor gospodarczy napędzający kraj) pokazano drzwi, a Premier osobiście powiedział, że jak “ich nie stać na pobyt w Australii to mają wracać do domu”.

Polska więc nie jest może najlepszym krajem do życia, ale Australia też nie. Zasadniczo będąc emigrantem zawsze jest się obywatelem drugiej kategorii.

Indonezja pachnąca kadzidełkami i deszczem, czyli pierwsze dni w dżungli.

Indonezja pachnąca kadzidełkami i deszczem, czyli pierwsze dni w dżungli.

Pierwsze kroki na Bali

Indonezja – kraj marzenie dla miłośników przyrody, ale i architektury i kultury. Przyznam się jednak, że byłam sceptyczna co do wyjazdu na Bali. Większość osób nie polecała, mówiąc, że mnóstwo turystów, że pijani Australijczycy i Rosjanie. Myślę, że faktycznie tak może być, ale bardziej w Kuta (to taka mała Ibiza), a my byliśmy w Ubud, a tu atmosfera jest zgoła inna.

Oczywiście jest Starbucks i są nowoczesne restauracje, a w niektórych sklepach ceny są bardziej australijskie, niż indonezyjskie. Niemniej większość miejsc jest tradycyjnych z regionalną kuchnią. Całe miasteczko jest niezwykle urokliwe. Ukryte w dżungli ze świątyniami obrośniętymi zielenią. Ogrom i siła przyrody jest tu zauważalna na każdym kroku. Dżungla zdaje się pochłaniać po kawałeczku domy, ulice, świątynie. Jest w tym jakaś magia.

Ubud, miasteczko w dżungli

Ubud jest miejscem lubianym przez miłośników jogi i relaksu. Nie ma tu głośnych dyskotek, a za to są liczne galerie, kawiarenki i knajpki oraz salony masażu. Miasteczko spokojnie można przejść na piechotę (to tak naprawdę 2 główne ulice). Z tym, że wilgotność jest tak wysoka, że po 10 minutach marszu jest się wyczerpanym jak po maratonie. Przynajmniej ja byłam 😀 ale może moja kondycja nie jest najlepsza.

W centrum jest market z lokalnymi wyrobami. Wszędzie otaczają cię penisy. Drewniane, kolorowe, srebrne, w tropikalne kwiaty, małe i duże, breloczki, otwieracze do piwa, rzeźby (jeszcze nie doszłam do tego dlaczego akurat penisy są tak cenione, ale coś musi w tym być).

Bali słynie z Luwak Coffee, najdroższej kawy Świata, bo wydalanej przez “dzikie” cywety. Zewsząd będą cię otaczać naganiacze zapraszający na plantacje kawy. Tam też trzymane są cywety, w małych, przeładowanych klatkach. Siłą zmuszane do jedzenia ziaren kawowych. Proceder ten jest dość powszechny i niestety zagrażający zdrowiu i życiu zwierząt. Dlatego jeśli nie musisz, a nie musisz to NIE PRÓBUJ TEJ KAWY, nie oglądaj plantacji, unikaj jakichkolwiek produktów odzwierzęcych (raz – etyka, dwa – zdrowie i higiena). Zdradzę wam, że ja kawę próbowałam (będąc pierwszy raz na Bali nie byłam do końca świadoma sytuacji zwierząt) i nie różni się ona niczym od zwykłej czarnej kawy. Także nie powtarzaj mojego błędu – nie pij Kopi Luwak!!!

Nieco dalej od ruchliwego centrum, już na obrzeżach można zobaczyć pola ryżowe i spokojnie toczące się życie mieszkańców.

Wskazówka: chodzenie poza ścisłym centrum nie jest najlepszym pomysłem. Brak chodników, duży ruch i wąskie drogi są dość niebezpieczne (jest też ślisko!). Wypożycz skuter – $6 za dzień.

Kup pelerynę. Jak pada to pada 😛 I kup ją wcześniej. Mieszkańcy wiedzą, że będziesz jej potrzebować i śrubują ceny jak mogą.

Co nas zaskoczyło na Bali?

Na pierwszy rzut oka miasteczka na Bali kojarzą się z chaosem. Dzieci, psy, kury na ulicach. Skutery jeżdżą jak chcą, całe rodziny na jednym skuterze (czasem nawet 5 osób), dzieci prowadzące skutery, wszyscy trąbią. Po przyjrzeniu się temu wszystkiemu dokładnie, a nawet po wtopieniu się w ruch drogowy zauważamy jednak, że wszystko współgra ze sobą w jak najlepszej harmonii.

Szalone skutery

Szalone skutery

Bieda, bieda i jeszcze raz bieda. Wiedziałam, że Indonezja to biedny kraj, ale nie spodziewałam się aż takich skrajności. Dzieci bawiące się w błocie, rozklekotane skutery, rozpadające się domy,  psy z chorobami skóry – różowe, bez sierści. W Meksyku nazywają tę chorobę – sarna. Pasożyty żerują na skórze, powoli ją zjadając. Sklepiki z patyczków w środku lasu. Żebracy proszący o pieniądze.

Sklep

Sklep

Architektura i kultura – domy na Bali są niezwykłe, każdy wygląda jak mała świątynia. Bogato zdobione z licznymi ołtarzykami, na których codziennie wystawiane są podarki dla bogów i kadzidełka. Kobiety ubrane w stroje tradycyjne. Mężczyźni w sarongach. Indonezja wydaje się kolorowa i pachnąca.  

Domy niczym świątynie

Nam zdarzyło się wejść do jednego z prywatnych domów, bo byliśmy świecie przekonani, że to świątynia. Przez wąski labirynt budynków wyszliśmy na niewielki dziedziniec (jakby patio) na którym kobieta siedząca na ziemi rokładala ryż na liściach bananowca. Kobieta spojrzała na nas trochę zdziwiona, ale nic nie powiedziała. Wróciła do rozkłądania ryżu. My za to zorientowaliśmy się, że zbłądziliśmy i to solidnie. Szybko wycofaliśmy się na ulicę. W Indonezji, a szczególnie na Bali łatwo o taką pomyłkę. 

Ubud

Ubud

Ceny – w Polsce ludzie myślą, że Bali jest drogie. Błąd. Jest bardzo, bardzo tanio. “OK. Zarabiasz w dolarach to Ci łatwo mówić” – powiecie. Mając dolary jest już totalnie tanio, ale nawet ze złotówkami ceny są do przyjęcia. Przykładowo: hotel na 10 dni w Ubud – 600 zł (pokój prywatny z łazienką, klimatyzacją i śniadaniem, w hotelu basen), czyli 30zł/os/dzień. A to był taki OK hotel, można znaleźć też dużo tańsze miejsca. Najdroższy jest jedynie bilet, ale jak już tu jesteś ceny są do przeżycia. Więcej o cenach w kolejnym poście.

Drogi na Bali

Drogi na Bali

Na Bali, jak i w całej Indonezji od listopada do kwietnia jest pora deszczowa. Niemniej każda z wysp jest nieco inna. Jedna mniej lub bardziej deszczowa od drugiej. Bali należy do tych bardziej. Prawie jak w zegarku zaczyna padać koło 15-16 i pada już do końca dnia i całą noc. Poranki są pochmurne, ale szybko wychodzi Słońce. Temperatura niezależnie czy pada czy nie utrzymuję się w okolicach 28*C.  

Podarki dla bogów

Podarki dla bogów

Czego nie lubimy na Bali i Lombok?

Nagabywaczy i naciągaczy. Wszędzie. Na każdym kroku. Na ulicach Ubud co metr siedzi facet z karteczką TAXI i nawet jak masz skuter będzie za tobą wołał taxi, taxi.

Turist hunterów – serio, takich ludzi z pewnością spotkacie nie raz. Są nachalni, chcą pieniądze za wszystko, za pokazanie drogi, miejsca na parkingu, nawet jeśli sam wiesz gdzie co jest. Głównie są to faceci na skuterach, którzy jak tylko wypatrzą turystę ruszają w pogoń. Nas jeden taki ścigał przez dobre 5 min. Nie odpuścił i jak nas dopadł namawiał na wizytę jego rodziny na plantacji kawy. Rzekomo za darmo. Jasne, tej.

Ludzie ci są tak nachalni i namolni, że aż odpychający, a czasami nawet wydają się niebezpieczni.

Będąc w porcie Padangbai, jeszcze siedząc w Uberze dopadła nas grupa facetów. Zaczęli otwierać drzwi, próbowali wyjąć walizki. Oczywiście chcieli nam sprzedać bilety na prom. Nie dajcie się namówić. W każdym porcie jest normalna kasa biletowa. 

A jakie są twoje wrażenia z Bali? 

A może odwiedziłeś/aś inne wyspy Indonezji?

Też drażnią cię nachalni naganiacze, czy raczej już nie robi to na tobie wrażenia? A jak przyroda? Bo to był mój pierwszy raz w takiej prawdziwej dżungli i byłam zachwycona 😀