Australia Student Visa (subclass 500) – wszystko co musisz wiedzieć.

Australia Student Visa (subclass 500) – wszystko co musisz wiedzieć.

Student visa

Studiowanie za granicą może wydawać się ciekawą opcją. Niemniej, wybór kraju a potem sam proces aplikacji o wizę może być skąplikowany. W tym poście zdajdziesz przydatne informacje, fakty, ceny i procedury, które pomogą ci w procesie aplikacji na studia w Australii. Wszystko o student visa poniżej. 

                      Co musisz wiedzieć aplikując o Student Visa?

 

  • NIE musisz być studentem aby o tę wizę aplikować
  • Musisz mieć jednak min 2 lata studiów ukończone
  • Są dwa rodzaje kursów (certyfikaty/dyplomy lub Uniwersytet – licencjat/mgr)
  • Możesz zabrać członka rodziny (żonę lub męża)
  • Trwa do 5 lat, czyli możesz zmieniać kursy i przedłużać pobyt
  • W zależności jaki kurs wybierzesz wymagany jest inny poziom językowy (IELTS)
  • Musisz wykupić ubezpieczenie tzw. Overseas Student Health Cover (OSHC)
  • Możliwość pracy 20h/tygodniowo
  • Aplikować możesz w dowolnym terminie, online
  • Koszt to $575 AUD

Dwa rodzaje kursów

Osobiście wyróżniam 2 rodzaje kursów, mimo, że jest to ta sama wiza, ale jej nazwa może być dosyć myląca. Szczególnie dla Polaków. Nam “study” kojaży się ze studiowaniem, z uniwersytetem, kiedy “study” po angliesku to po prostu nauka. Macie bowiem do wyboru kursy i “prawdziwe” studia.

  • Kursy – to gównie kilku miesięczne kursy dokształcające.
  • Uniwersytet – to narmalne studia wyższe, trwające od 2 do 5 lat (w zależności od kierunku, może być i dłużej)

 

           Uniwersytet

PLUSY

  • Prestiżowy dyplom z australijskiej uczelni
  • Dwa lub trzy semestry od których można zacząć (tzn nie musisz czekać aż roku aby rozpocząć studia)
  • Możliwość podciągniecie się językowo
  • Dwa rodzaje magistrów (przez obronę pracy magisterskiej lub zdanie egzaminów końcowych)
  • Możliwość przedłużenia wizy o kolejne 2 lata
  • Możliwość aplikowania o inne wizy, jak skilled, sponsored
  • Szansa na lepszą pracę i zarobki
  • Środowisko studenckie
  • Wiele zniżek i atrakcji dla studentów

Uniwersytety są dla osób, które poważnie myślą o osiedleniu się w Australii. Wydatek jest tak duży, że studiowanie tam i powrót do Polski, żeby zarabiać w złotówkach nie bardzo ma sens. Uniwersytet wymaga też większego zaangażowania, dużo trudniej jest się też dostać. Po ukończeniu daje jednak jakieś możliwości na PR (permament residency).

MINUSY

  • Drogi (i to bardzo)
  • Praca tylko na pół etatu, więc trzeba albo starać się o dofinansowanie albo kredyt studencki

Kurs

PLUSY

  • relatywnie tani
  • można przedłużyć do 5 lat
  • niewiele zajęć
  • uzyskanie australijskich kwalifikacji
  • możliwość zmiany miasta jeśli szkoła ma oddziały

Podsumowując, kursy są dla osób, które planują swoją przygodę z Australią jedynie krótkoterminowo. Chcą poznać kraj i ludzi, trochę zarobić, zaszaleć. Z kursów raczej nie wynosi się jakiejś wielkiej wiedzy. Australia zarabia na studentach, dzięki takim właśnie kursom, więc nie owijając w bawełne są to takie wyciskacze kasy. Ale, dają nam niepowtarzalną okazję być tam. Nie wszystkie kursy takie są. Zdarzają się i takie, które faktycznie mogą nam pomóc w aplikowaniu o inne wizy, jak kursy stolarskie. Wsziększość jednak znanych mi osób wybiera kursy językowe lub surfingu 😀

Dodam, że kursy, w Australii raczej nie będą miały większego znaczenia jeśli chodzi o zatrudnienie (chyba, że faktycznie jakiś kurs “techniczny”), ale w Polsce być może zrobią wrażenie na pracodawcy 😀 Ciągle jeszcze u nas pokutuje, że to co zagraniczne to lepsze 😀

MINUSY

  • Niski poziom edukacji
  • Małe lub żadne możliwości aplikowania o jaką kolwiek inną wizę, po zakończeniu kursów
  • Praca tylko na pół etatu co bardzo ogranicza budżet

PROCEDURA

 

KROK I. Wybór kierunku, uniwersytetu, miasta

W tym artykule skupimy się na aplikacji na studia wyższe. Niemniej jeśli zastanawiasz się nad wyborem kursu tu też znajdziesz wskazówki. Procedura aplikowania na studia jest bardziej skomplikowana niż na kurs, ale cześć dokumentów jest taka sama.

 

Czym się kierować przy wyborze kierunku?

  • sprawdź czy dany zawód/kierunek jest na SOL (Skilled Occupation List). Dobrze jeśli jest, bo daje ci to szanse na skilled visa po ukończeniu studiów, ale jeśli nie ma to wybierz coś co lubisz. W końcu będzie to studiować przez min 2 lata i zapłacisz jak za nerkę. Nie chcesz raczej studiować czegoś nieciekawego 😀
  • sprawdź czy wybrany zawód kwalifikuje się na wizę jaką chcesz dostać. Możesz to sprawdzić po specjalnym kodzie ANZCO Code. Na ich stronie znajdziesz w jakich stanach i jaki rodzaj wizy możesz dostać z konkretym zawodem.
  • kierunek musi być pokrewny z tym już studiowanym albo z wykonywanym zawodem, ale nie taki sam, musisz bowiem wytłumaczyć w “migracyjnym” dlaczego akurat to chcesz studiować
  • poziomem, czyli czy licencjat czy magister (licencjat to zazwyczaj 3 lata, magister 2 lub 1,5. WAŻNE! Jeśli wybierzesz magistra 1,5 to nie masz prawa ubiegać się o post graduate visa na kolejne 2 lata (Jedynie studiując pełne 2 lata lub więcej możesz dostać przedłużenie wizy)
  • jeśli magister to Masters by Coursework (egzaminy końcowe) lub Masters by Research (obrona pracy magisterskiej)
  • wymaganiami aplikacyjnymi danej Uczelni (sprawdź co dana uczelnia wymaga od kandydata, jaki poziom językowy, ile punktów z IELTS)

Jeśli już mniej więcej wiesz co chcesz studiować, to zabierz się za przeszukiwanie informacji o uczelniach, opinii na ich temat, cen kursów, rankingów.

Moje podejście do wyboru uczelnii

Długo nie wiedziałam co chce studiować. Mam dyplom magistra z turystyki międzynarodowej i znalazłam kierunek bardzo zbliżony do mojego. Kusiło mnie aby wybrać właśnie ten, bo był na Monash, a to jedna z najbardziej uznawanych i prestiżowych uczelnii, wydawął się łatwy i przyjemny. Do tego praktyki na Fidżi 😀 Głos rozsądku, w moim przypadku Edgar powiedział, że lekko i przyjemnie to już miałam i może warto wybrać coś innego. 😀 Zasadniczo wiedzę i praktykę w dziedzinie turystyki już mam.

Przeglądałam oferty przez około miesiąc, konsultowałam z 3 agentami, robiłam tabelki za i przeciw, po wyborze kierunku analizowałam warunki na 3 różnych uczelniach, które ten kierunek prowadziły i w końcu wybrałam Project Management na RMIT. Był to mój drugi wybór po Turystyce. Wybrałam PM bo jest na SOL, bo opis idealnie pasował do moich zainteresowań i doświadczenia zawodowego zw z prowadzeniem eventów, więc mogłam go jakoś powiązać z planami na przyszłość. W tym też się bardziej odnajduje. 

RMIT wybrałam ze względu na:

  • program (Masters by Coursework)
  • znam RMIT bo chodziam tam na angielski
  • prestiż,
  • lokalizacje,
  • cenę kursu.

Uniwersytety

Kilka polecanych Uniwersytetów

The University of Queensland

Jeden z najlepszych uniwersytetów w Australii jak i na Świecie. Porównując to taki nasz Jagielloński. Znajdziecie tu kierunki ścisłe, techniczne, humanistyczne. Uniwersytet ma kilka, przepięknie położonych campusów w Brisbane. Ceny kursów są wysokie, jedne z najwyższych w Australii. Średnio za rok to $40 000 AUD (za studia magisterskie, biznesowe).

University of Melbourne

To bodajże najlepszy uniwersytet w Melbourne, dobrze plasuje się też w światowych rankingach. Struktura podobna do Monash i UQ. Studia magisterskie z Master of Management to koszt $44 000 za rok.

RMIT

RMIT czyli Royal Melbourne Institute of Technology. To taka nasza Politechnika. Na RMIT możesz studiować wiele ścisłych kierunków, ale też zarządzanie, biznes. Za rok studiów magistrerskich z Project Management płaci się ok. $37 000 AUD. 

Monash University

Monash to jeden z najlepszych uniwersytetów w Melbourne. Tak jak na UQ znajdziecie tu kierunki od prawa po IT. Uniwersytet ma kilka nowoczesnych campusów w całym mieście, organzuje praktyki zagraniczne i cieszy się bardzo dobrą opinią. Cena za rok to $42 000AUD za Master of Management. 

Wybór miasta

Wybór miasta może okazać się równie trudny jak wybór kierunku. Każde z dużych australijskich miast jest bowiem zupełnie inne. Nie każde też da nam wszystko to czego byśmy oczekiwali. Osobiście znam jedynie Melbourne i Sydney. Brisbane i Perth znam z opowiadań znajomych dlatego mój opis będzie dość lakoniczny.

Melbourne

Miasto na południu Australii, 2h od Great Ocean Road. Od 4 mln ludności. Melb jest bardzo multi kulti, więc jeśli jesteś impreozową osobą, lubisz jak dużo się dzieję to Melb jest dla ciebie. Pyszna kawa, MCG, footy, galerie handlowe. Mlebourne tętni życiem 24h na dobę.

Plaże są niestety dość brudne, a kompiele w wodzie o brunatnym kolorze raczej nie należą do moich ulubionych zajęć. Kolejnym minusem jest pogoda. 4 sezony w jeden dzień. I jeśli nie wieżysz to zapraszam. Sam się przekonasz 😀

Sydney

Miasto na wschodnim wybrzeżu Australii. Rozmiarowo podobne do Melbourne. Dużym plusem Sydney jest pogoda, słoneczna, plażowa niemal przez okrągły rok. Do tego Opera i most ikony miasta, prestiż mieszkania w tak znanym miejscu. Plaże również są cudowne, więc po pracy można się opalać i kąpać 😀 Miasto bardzo multikultorowe i bardzo rozrywkowe. Tak jak w Melbourne nie będziesz się tu nudzić. 

Jedyny dość duży minus to ceny. Sydney jest bardzo drogie. 

Brisbane

Brisbane to ponoć prawdziwa Australia. To tu można ją poczuć. Miasto spore, bo ok. 2 mln ludzi, a jednak czuć tu atmosferę odprężenia i relaxu. Niektórzy mówią, że to taka większa wioska. Brisbane leży na wschodnim wybrzeżu, w stanie Queensland, który uważany jest za stan 2 kategorie (no idea why). Klimat jest bardzo przyjemny. Cieplejszy niż w Melbourne i mniej kapryśny. Choć i tu temperatura potrafi spaść do 5 Stopni.

Czas płynie tu wolniej, a plaże i bliskość natury rekompensują brak rozwiniętego życia kulturalnego (choć to nie znaczy, że wcale go nie ma).

Perth

Perth to 2 milionowe miasto na zachodnim wybrzeżu. Dawne miasto górnicze, obecnie bardzo szybko się rozwija i niejedno miasto mogłoby mu pozazdrościć infrastruktury. Klimat jest gorący i suchy, gównie ze wzgledu na bliskość pustyni ale Perth leży też nad Oceanem, który łagodzi nieco ten gorąc. Plaże są przepiękne, a centrum pełne zieleni i parków. Zaraz za miastem rozciąga się pustynia a na północy dzikie wybrzeża. 

Perth to zdecydowanie ciekawy punkt na mapie Australii, godny rozważenia. Plusem sa bezpośrednie loty z Europy. Minusem odlegóść od innych dużych miast Australii. 

KROK II. Aplikacja na studia

Dokumenty:

  • GTE (Genuine temporary entrant) – czyli krótki opis dlaczego ten kierunek, ta uczelnia i ile wniesiesz dla Uniwersytetu. Pamiętaj aby podkreślać silne więzi z krajem ojczystym i że to tam wykorzystasz nowe umiejętności.
  • Personal statement – opis twojej osoby, osiągnięć, ukończonych stódiów, kursów. Ważne abyś zaprezentował się jako wartościowy człowiek, chętny porzeszać wiedzę.
  • Dyplomy – przetłumaczone na angielski + kolorowe kopie oryginałów
  • Resume
  • Rekomendacje – od profesorów, pracodawców
  • Portfolio! (nawet jak nic nie tworzysz to i tak coś tworzysz, ja robiłam spotkania podróżnicze, brałam udział w projektach i to pokazałam w moim portfolio)
  • Wniosek na uczelnie – zazwyczaj ma kilka ston, jest prosty i intuicyjny. Pobierasz go ze strony uczelni lub wysyłasz maila z prośbą o takowy.
  • IELTS – certyfikat językowy na wyższe uczelnie musi być na poziomie Academic, zazwyczaj 6,5 lub więcej. W Polsce taki certyfikat kosztuje ok. 700zł, na wyniki czeka się do 3 tygodni (zaplanuj więc z góry trochę czasu, również aby się przygotować)

 

 

Ubezpieczenie

Rząd Australii wymaga od studentów ubezpieczenia. Na liście jest kilka firm, sprawdzonych i akredytowanych przez Rząd. Uczelnie też proponują swoje ubezpieczenia. Także masz wybór. Bez ubezpieczenia nie dostanie się wizy!!! Ja wybrałam Bupa, ale jak działa to się dopiero okaże.

Aplikacja online i opłata

Aplikacja jest bardzo prosta. Zazwyczaj ogranicza się do założenia konta na profilu wybranej uczelnie (imię i nazwisko, itp.) i następnie załączeniu/załadowaniu plików z wnioskiem, dyplomami, certyfikatami (wszystkich dokumentów jak powyżej). Dodatkowo należy uiścić opłatę za aplikację. Na RMIT 75$ AUD

Po wysłaniu wniosku, jeśli uczelnia wymagać będzie dodatkowych dokumentów z pewnością będzie się kontaktować. Jeśli wszystko jest ok, to po ok. 3 tygodniach do mesiąca powinna pojawić się oferta.

Oferta

Oferta to tak naprawdę plan finansowy naszego kierunku. Uczelnia przysyła ile będzie kosztował wybrany kierunek, ile ubezpieczenie i jaka jest opłata wstępna (jeśli jest). Jedyne z czym możemy się tu nie zgodzić to ubezpieczenie. Jeśli chcemy mieć inne niż proponuje nam uczelnia wówczas deklarujemy, że sami załatwimy ubezpieczenie i prosimy o modyfikacje oferty już bez ubezpieczenia. Po kilku dniach otrzymujemy zmienioną ofertę, którą zatwierdzamy w profilu uczelnii i wpłacasz pierwszą ratę. W moim przypadku $18 200 AUD.

CoE

Confiration of Enrolment jest kluczowym dokumentem, bo bez niego nie możemy aplikować o wizę. Zazwyczaj uczelnia sama wysyła ten dokument bezpośrednio na twojego maila. Trwa to do 7 dni. Ale być może będziesz musiał o ten dokument poprosić mailowo.

KROK III. Aplikacja o Wizę

  • Skan paszportu (w kolorze)
  •  GTE – opis dlaczego ten uniwersytet, taki kierunek, ile ci to da po powrocie do kraju. Szczególnie podkreślaj swój powrót do kraju i jak bardzo jesteś z nim związany. Przekonaj ich, że nie chcesz zostać  w Australii i zależy ci tylko na edukacji. Max. 4 strony.
  •  CoE
  •  Resume
  • Ubezpieczenie – zwróć uwagę na daty. Pamiętaj, że data rozpoczęcia kursu to nie data wjazdu, więc jeśli planujesz wiechać miesiąc wcześniej wykup ubezpieczenie z dodatkowym miesiącem

Krok po kroku

Wchodzisz na Australia Goverment page  ⇒  kilkasz Apply ⇒  Przechodzisz do ImmiAccount  ⇒   tworzysz swoje konto  ⇒ w panelu wypełniasz dane swoje, swojej rodziny (rodziców, rodzeństwa, partnera),

⇒ informacje o edukacji (dyplomy, certyfikaty)

⇒ informacje o innych wizach (tu lepiej nie kłamać bo to łatwo sprawdzić)

⇒ informacje o stanie zdrowia (tu najlepiej zaznaczyć wszystkie pola, jako Zdrowy/lub Brak)

⇒ informacje o Ubezpieczeniu (tu podajemy naszą polisę studencką)

CoE (potwierdzenie, że już dostaliśmy się na studia)

⇒ informacje o zatrudinieniu (takie CV, pamiętaj aby było zgodne z tym co wysłałeś na uczelnie :D)

historia podróży (to chyba najgorszy punkt. 10 lat wstecz, wszystkie odwiedzone kraje. Ja wpisałam te których granice przekraczałam drogą powietrzną, bo w Schengen i tak tego się nie rejestruje, a wypisanie wszystkich podróży byłoby koszmarem).

Czas na otrzymanie wizy to od 2 tygodni do miesiąca, ale przy studiach wyższych aplikować można dopiero na 3 mc przed rozpoczęciem kursu, jest to więc trochę stresujące, bo mamy już studia opłacone, a na wizę czekamy.

Koszt: $575 AUD

 

Koszt

$575               visa

$76 800        RMIT PM (cały program)

$2 300          BUPA

Około 212 000 PLN 

 

W naszym przypadku ten koszt był większy, bo Edgar też musi mieć ubezpieczenie i wizę. Plus musiał wyrobić Biometric (odciski palców) w Paryżu.

Pytania?

Jeśli macie jakieś pytania, wątpliwości, nie wiecie jak wyszukać kurs lub jakiego agenta wybrać, i czy wogóle to nie wahajcie się pisać. Postaram się każdemu odpisać w miarę możliwości.

A jeśli interesuje was Work&Holiday visa to też piszcie śmiało. Teraz się trochę pozmieniało, ale tylko na lepsze 😀

Sorry za błędy ortograficzne laughing

EMIGRACJA najtrudniejszą decyzją. Ale dla kogo?

EMIGRACJA najtrudniejszą decyzją. Ale dla kogo?

Najgorsza decyzja

Anglia okazała się moim najgorszym emigracyjnym wyborem. Zdecydowanie nie jest to kraj dla mnie. Ani pogoda, ani styl życia ani nawet zarobki nie zachwycają. I zaskakuje mnie tylko jedno. Że kiedyś marzyłam aby w tej Anglii mieszkać. Tak to już chyba jest z marzeniami, że do końca nie wiemy czy przyniosą nam coś pozytywnego. W większości przypadków pewnie tak.

Nie mogę Anglii w 100% krytykować, bo miejscami jest piękna. Lasy, pola, miasteczka z kamiennymi domami, wiewiórki w każdym parku, nowoczesny Londyn. Ale jest też ta druga Anglia. Brudna, pofabryczna, nietolerancyjna i rasistowska.

Zapewne gdyby była możliwość uciekłabym z tej Anglii do Polski, w której przynajmniej miałabym normalną pracę w zawodzie. Ale nie ma takiej możliwości. Edgar nie ma prawa do pracy w Polsce, nie zna języka, był by tam tak samo samotny jak ja jestem w Anglii.

Co jak nie Anglia?

Co więc nam pozostaje?

W USA nie ma szans na wizę do pracy, Kanada jest piękna ale za zimna, Nowa Zelandia paradoksalnie też za zimna, ale ciągle Plan B. 😀 Zostaje Australia. Nasza kochana Australia, w której się poznaliśmy. Kraj, w którym poczułam, że mogę być sobą. Taką sobą, której wielu z moich znajomych czy rodzina nie zna i pewnie by nie zaakceptowała.  Ale ja taką siebie kocham najbardziej 🙂

To tam poznałam ludzi o podobnych poglądach i zrozumiałam, że moje marzenia i plany wcale nie są takie ekstremalne czy złe, są po prostu bardzo inne od tych, które mają moi znajomi w Polsce. Tam nikt mnie nie oceniał, że mając prawie 30 lat sprzedaje lody w wakacyjnym kurorcie. Kiedy w Polsce było by to nie do pomyślenia, a rodzina wstydziłaby się nawet wspominać co robię. Tam poznałam ludzi o wiele starszych, którzy odrzucili tradycyjny sposób na życie, odrzucili stagnację. A może zagubili się w podróżniczym życiu? – jak usłyszałam ostatnio. Czy to ważne? Pytanie brzmi czy są szczęśliwi? 🙂

W Australii pokochałam wolność, poczucie, że mogę przeprowadzić się niemal z dnia na dzień, że nic mnie nie trzyma w miejscu. W Australii pokochała ludzi, którzy mimo, że są twoimi znajomymi tylko przez moment, zostawiają ślad w sercu na całe życie. Pokochałam styl życia, w którym pracujesz aby żyć, a nie żyjesz aby pracować.

Ale Australia ma też swoje wady. Dystans jest jedną z największych.

Główny temat

Od ponad 3 miesięcy głównym tematem po pracy,  w weekendy, po przebudzeniu jest Australia. Czy wrócić? Jak wrócić? Czy to dobra decyzja?Czy starczy nam pieniędzy? Które miasto? Jaka wiza?

Przeszliśmy już przez 6 agentów (migracyjnych i edukacyjnych) szukając sposobu na powrót. Przekopałam  stos dokumentów, a teczka wciąż rośnie. Pomału czuje wyczerpanie fizyczne i psychiczne, i zaczynam kwestionować czy ta decyzja jest aby na pewno dobra.

Wiem, że jest, ale jest też cholernie trudna.

Emigracja – najtrudniejszą decyzją dla rodziny

Moja rodzina bardzo ciężko przyjęła informacje o moich planach powrotu do Australii. Główne argumenty to dystans, obawy przed utratą więzi, chyba też strach, że zostaną sami. W takim sensie, że z Anglii to tylko 2h lotu i gdyby mnie potrzebowali jestem niemal pod ręką. Prawda jest tak, że jeśli będzie się działo coś złego to jest oczywiste, że przylecę nawet z końca Świata. Jedynie zajmie to trochę więcej. Od czasu do czasu rodzina  stara się przekonać mnie do powrotu do Polski.

I wiecie co? Wkurza mnie to bardzo egoistyczne podejście. Bo mam wrażenie, że wszystkim na około wydaje się, że tylko im jest ciężko i trudno, że tylko oni zostaną sami, że tylko oni będą płakać w poduszkę, a ja to będę się wylegiwać na plaży. Kiedy realia są kompletnie inne.

Oni w trudnym momencie, w chwili smutku będą mieć swój ulubiony kubek z kawą pod ręką, ogród, do którego mogą iść na spacer, Maksię, do której mogą się przytulić, miejsca, które znają i lubią, kina, sklepy w których najchętniej robią zakupy, kabanosy. Wszystko to co znajome. Wszystko to co bezpieczne.

Nie zrozumcie mnie źle, tak pięknie opisałam swoje wrażenia z Australii, ale Australia to nie moja ojczyzna, to najlepszy wybór na teraz, jaki mamy pod ręką, ale to nie to samo co Polska i zawsze początki są trudne. A ja ten początek będę musiała przejść na nowo. Przypomnieć sobie jakie produkty w sklepie lubiłam, otworzyć konto w banku, wykupić Myki na tramwaj, znaleźć mieszkanie, znajomych, odszukać ulubione miejsca, uczyć się i rozmawiać w innym języku. W momencie smutku czy zwątpienia nie będzie niczego znajomego. No będzie Edgar 🙂 ale wiecie o co mi chodzi. 🙂

Emigracja to kompromis

Zmiana trudna, ryzykowna, kosztowna, ale często na lepsze. Zmiana, która wiąże się też z utratą czegoś. Znajomych, bliskich relacji, czasu, którego już się nie cofnie. I tego czasu panicznie się boję. Tego czasu z bliskimi, który bezpowrotnie stracę. I jestem tego świadoma. Jak również tego, że w tym konkretnym momencie w życiu emigracja to jedyna szansa na lepszą przyszłość.

Pisząc to nasunęła mi się myśl, że ktoś mógł by mnie teraz ocenić jako egoistkę, bo wybieram swoją lepszą przyszłość, zamiast być z rodziną. I wierzcie lub nie ale sama czasem zadaje sobie takie pytanie. Ale potem szybko przypominają mi się słowa mojej terapeutki: “To twoje życie, masz tylko jedno i musisz je przeżyć tak jak ty chcesz“. Oczywiście możliwie nie raniąc nikogo.

Chciałabym abyście zrozumieli, że decyzja o emigracji jest zawsze bolesna, nie tylko dla najbliższych ale szczególnie dla osoby opuszczającej swój kraj. To w końcu ona jedzie w nieznane/ ryzykuje/ mierzy się ze wszystkimi napotkanymi barierami, o których wy nawet nie pomyślicie.

 

Jeśli chcesz być na bieżąco zajrzyj na naszego Facebooka

Świadome podróżowanie: Wyścig szczurów

Świadome podróżowanie: Wyścig szczurów

Przewodnik po zrównoważonym podróżowaniu

Zastanawiałam się przez chwilę czy użyć wersji “przewodnik po turystyce zrównoważonej” czy właśnie “po zrównoważonym podróżowaniu“. Zdecydowałam się na tą drugą opcje. Jeśli zastanawiacie się dlaczego, mam na to prozaiczną odpowiedź: podróżnik ma obecnie pozytywniejsze, powiedzmy “ambitniejsze” konotacje, niż turysta. Nikt nie chce być turystą, każdy chce być Podróżnikiem. I o tym dzisiejszy post. O chorym wyścigu szczurów, dla których podróże (tj. odkrywanie, poznawanie) już nie są celem samym w sobie. 

Podróże już nie są celem samym w sobie, czyli o wyścigu szczurów.

Kiedyś podróżowaliśmy aby odkrywać kultury, ludzi, kuchnie Świata, by poczuć adrenalinę (tą zdrową). Wyjeżdżaliśmy w celach edukacyjnych lub dla przyjemności. Co ważne wyjeżdżaliśmy DLA SIEBIE. Podróż była celem sama w sobie. Dla wielu ciągle tak jest. Niemniej jednak, rośnie grupa dla, której ważniejsze jest co dostaną w zamian (nie duchowo, a materialnie) jadąc w dane miejsce, niż sama podróż.

Sposób myślenia:

Koniecznie muszę mieć fotkę ze Statuą Wolności na Insta. Wzrośnie mi liczba followersów.

Albo, odwiedzę 20 państw w tym roku i napiszę o tym książkę.

A może spróbuję pojechać bez jedzenia i będę polować na wiewiórki. Tak survivalowo. Z pewnością zyskam tym popularność.

Wyścig! Gdzież my tak pędzimy?

I Dlaczego?

Pędzimy po sławę, chcemy być znani/rozpoznawalni/chcemy coś znaczyć, a co za tym idzie chcemy też pieniądze. Czasem “zaliczamy” te wszystkie kraje dla tzw. szpanu. Jedziemy w dane miejsce bo wiemy, że zrobi to wrażenie na naszych znajomych lub odbiorcach.

I Jak?

Podróże są pięknym elementem naszego życia, wielu o nich marzy, wielu lubi oglądać zdjęcia z dalekich krajów. Ale co to? Miliony bloggerów, instagramerów, youtuberów? No i jak ja się teraz przez ten tłum rozepcham? To pytanie zadaje sobie chyba każdy blogger podróżniczy. Jedni mają piękne zdjęcia, inni mieszkają w jakimś egzotycznym kraju, a ja co? Tylko podróżuje.

Konkurencja jest ogromna. Już nie wystarczy gdzieś pojechać i o tym napisać. Teraz musi być:

  • szybko: 15 państw w 3 miesiące,
  • tanio, a najlepiej za darmo: begpacking w Azji
  • niebezpiecznie: spanie pod namiotem w Meksyku (super plan!)
  •  z plecakiem: walizka jest dla frajerów, ewentualnie turystów
  • sexy: huśtaweczko z Indonezji gdzie jesteś? dlaczego cię nie znalazłam? 🙂

3,2,1… Start!

Zasadniczo nie ma w tym nic złego, że ktoś lubi szybko zwiedzać, podróżować i jest w stanie zaliczyć 15 krajów w miesiąc. Wolna wola. Zastanawiam się jedynie co  edukacyjnego (nie wspominając o wątpliwym wypoczynku) z takiego maratonu można dla siebie wyciągnąć. Mam na swoim koncie jeden czy dwa takie wyjazdy i szczerze mówiąc przed oczami pojawiają się pojedyncze obrazki i tyle. Wiem, że nie byłabym w stanie nic mądrego o tych miejscach powiedzieć i dlatego też wypowiadać się nie będę.

Inaczej jednak niż część bloggerów czy podróżników, którzy w taki błyskawiczny sposób zwiedzają Świat i potem reklamują samych siebie jako znawców tematu.

“Odwiedziłem 80 państw Świata. Jestem prawdziwym podróżnikiem”. Brzmi imponująco, fakt. Mi daleko do takiego wyniku, ale zastanawiam się czy każda z tych podróży, z tych 80 państwa była w pełni wartościowa?

Czy liczba faktycznie czyni cię lepszym od innych?

Na jednym z Wachlarzy (festiwal podróżniczy) Tomek Michniewicz miał swoją prezentację, w której namawiał do wracania w to samo miejsce, do zbierania jak najmniejszej ilości pieczątek w paszporcie. Wiem, brzmi paradoksalnie, szczególnie w obliczu obecnego trendu. Jest w tym jednak ukryta siła.

Wyobraźcie sobie jaką wiedzą dysponuje osoba, która spędziła w Peru 3 lata (jeżdżąc tam co roku, na kilka, kilkanaście tygodni), a jaką osoba, która wspięła się na Machu Picchu i wróciła do domu. Oczywiście nie każdy chce być ekspertem w jednej dziedzinie. Nie można przesadzać też w drugą stronę, ale myślę, że zgodzicie się ze mną, że jest w tym jakiś sens. 🙂

Czy jednak liczba odwiedzonych państw czyni cię lepszym od innych podróżników? 

Pod względem ilości – wygrałeś

Po względem jakości – przypuszczam, że jest tu wiele do nadrobienia (chyba, że masz 80 lat :D)

Podsumowania

Czy podróżowanie na czas jest dobre czy złe? Czy zaliczanie kolejnych atrakcji turystycznych tylko po to, żeby zyskać followersów lub pochwalić się znajomym ma sens?

To już pytanie do was.

Osobiście,  jeśli lubisz tak podróżować to nie ma w tym nic złego. Tylko nie nazywaj się potem ekspertem od kuchni Greckiej czy kultury marokańskiej po spędzonym tygodniu w Grecji/Maroku. Namnożyło się tych ekspertów i zaczyna to trochę przypominać te memy: Wiem jak się tańczy, bo oglądam You Can Dance 😀

To tak nie działa 🙂

 

A wy jak lubicie podróżować? Na szybko czy raczej na spokojnie?

Więcej o świadomym podróżowaniu w poście o BEGPACKINGU

Ślub polsko-meksykański, czyli jak zorganizować i nie zwariować :)

Ślub polsko-meksykański, czyli jak zorganizować i nie zwariować :)

Ślub? Ale jak to? Czyli wyjaśnienia.

Ci co mnie znają wiedzą, że nigdy za mąż wychodzić nie planowałam, bo nie popieram instytucji małżeństwa. Zwyczajnie nie uważam, że posiadanie papieru coś zmienia w obrębie uczuć. 

Ale fakt, że nie popieram instytucji małżeństwa nie oznacza, że nie popieram miłości, a ta napotkałaby wiele dodatkowych przeszkód gdyby nie zawarcie związku małżeńskiego. Niestety w Polsce nie zyskuje się tym żadnych przywilejów ani ulg dlatego też w Polsce nie mieszkamy. Poza Polską akt małżeństwa to spore ułatwienie i przyspiesza wiele procesów. 

Dlaczego nie popieram małżeństwa?

Być może to 3 pokolenia rozwodników w mojej rodzinie. Obraz małżeństwa nie wygląda przy tych statystykach zachęcająco 🙂 Ale to chyba nawet nie to. Dla mnie problem leżał bardziej w poczuciu utraty czegoś. Wolności? Niezależności? Biorąc ślub bierzemy niejako odpowiedzialność za daną osobę, ze jego dobre samopoczucie, szczęście, zdrowie.

Zrozumiałam jednak, że będąc w związku i tak ma się już to poczucie odpowiedzialności i żaden papier czy tym bardziej ksiądz tego nie zmieni. Po ślubie nie ma żadnej znaczącej różnicy. Nie pojawia się magiczna moc, ani złota kula u nogi. Ciągle jesteśmy tacy sami. Jedynie mamy to poczucie, jakbyśmy się postarzeli o 10 lat, w jeden dzień 😀 😀 🙂 

Pomysł

Pomysł na ślub. Wiem, brzmi śmiesznie :), ale tak trochę było. Oczywiście rozmawialiśmy o takiej ewentualności, ale raczej w dalekiej przyszłości. Po przyjeździe do Europy okazało się jednak, że nie mamy za dużo tej przyszłości do zastanawiania, bo Edgar może legalnie przebywać w UE tylko 3 miesiące i trzeba coś postanowić. Znajomi podeszli do tego sceptycznie, rodzina też, na początku. 

Obiekcje dotyczyły głównie, krótkiego czasu znajomości. Ale niech mi ktoś pokaże gdzie jest napisane po ilu latach czy miesiącach można wziąć ślub?

Obrączki

Obrączki

Realizacja

Realizacja. Kolejny punkt dla, którego nie lubię ślubów. Istna droga przez mękę. Kilka razy nawet zastanawialiśmy się, czy aby nie rzucić tego w cholerę. Nagle wszyscy stali się znawcami wesel i obrońcami tradycji. 🙂 Ślub był piękny ale daleki od moich marzeń. 

Dlatego marzy mi się drugi ślub (albo raczej ceremonia), spirytualny w Bacalar, Mexico. Taki bardziej nasz. Taki kiedy możemy powiedzieć naprawdę co myślimy i czujemy do drugiej osoby. Magiczny. Na plaży, o tej porze kiedy cienie są długie i wieje ciepły wiatr. Ja w plażowej sukience, on w krótkich spodenkach 😀  Palmy, zapach olejku kokosowego i 28 stopni. 🙂

Od pomysłu do realizacji długa droga. Dla nas tym bardziej, bo ślub z obcokrajowcem  z non-EEA to walka z systemem na każdym kroku.

 

Droga prawna

1..Zebranie wszystkich niezbędnych dokumentów (przesłanie ich z Meksyku i przetłumaczenie na miejscu),

2. Wyznaczenie daty w USC (w Poznaniu trafiliśmy na debili, którzy najpierw kazali nam załatwić jeden dokument w Ambasadzie Meksyku w Warszawie, a następnie podważyli tłumaczenie tłumacza przysięgłego, w tym wypadku konsula, bo nie mogli doszukać się jednego wyrazu, który był w wersji polskiej, a w wersji hiszpańskiej już nie. Tłumaczenie, że hiszpański ma inny szyk zdania i słowo to znajduje się w innym miejscu nie pomogło. Dodam, że Panowie nie mówią po hiszpańsku. Skończyło się na tym, że odesłano nas do sądu, aby brakujący dokument uzupełnić.) Zastanawiacie się jaki to ważny dokument trzeba pokazać, że aż wysyłają cię do sądu? Dokument poświadczający twoje prawo do zawarcia związku małżeńskiego. Meksyk takiego dokumentu nie wydaje, bo mają to zagwarantowane konstytucją, a stan cywilny określa Odpis Stanu Cywilnego.

3. Ostatecznie ustalenie daty w USC w Kórniku. Polecam wszystkim obcokrajowcom. Tam przynajmniej traktują cię jak człowieka, a nie numer.

4. Rozprawa sądowa. Po 2 miesiącach czekania. Rozprawa wyglądała jak prawdziwa rozprawa. Ja po jednej stronie, on z tłumaczką po drugiej i sędzina, z twarzą jakby prowadziła sprawę o morderstwo z premedytacją. My przerażeni. Pytania z kosmosu: o choroby psychiczne, związki kazirodcze i uzależniania. Czy polaków też o to pytają?  Decyzja pozytywna – o zwolnieniu z okazania dokumentu, którego Meksyk nie wydaje 😀 Dwa tygodnie na uprawomocnienie i można działać.

O kosztach nie będę nawet wspominać, bo myślę, że niektórym mogłoby się zrobić ciepło, ale powiem, że już za samą tę kwotę można by było mały ślub wyprawić. A to tylko krok pierwszy.

Dla niewtajemniczonych: śluby w Polsce to koszt od 20 do nawet 60 tys. PLN (i to takie średniej wielkości). Co przy średnich zarobkach rzędu 2500 robi już kwotę bardzo bolesną dla portfela.

Organizacja

Kiedy już zakończyliśmy batalię z sądami i urzędnikami przyszedł czas na organizację wesela. Ci co mają na to rok i jeszcze nie mogą się wyrobić – zapraszam po porady. Ogarnęliśmy w 4 miesiące. Ale było nerwowo momentami.

Sala

Znalezienie sali w tak krótkim czasie graniczy z cudem. Zajęło nam to trochę czasu. Właściwie salę wybraliśmy na końcu, jakiś miesiąc przed ceremonią. Nie polecam. Nie wiadomo co wpisać na zaproszeniach. Sporo szukaliśmy i ostatecznie wybraliśmy Bagatelkę w Miłosławiu. Magiczne miejsce. 🙂

Bagatelka

 

Menu

Kolejny powód do sporów, bo my chcieliśmy taniej (tak żeby się głupio nie zadłużać lub nie sprzedawać nerki). No ale tradycje! Z tradycjami mieliśmy sporo problemów, bo nagle one stały się najważniejsze. Jedzenia więc musiało być dużo. Tak samo alkoholu. Jestem przeciwniczką wódki, no ale to przecież Polska tradycja.

Dekoracje

Dekoracje robiliśmy sami od początku do końca. Pojechaliśmy do lasu, potem do sklepu ogrodniczego i dobraliśmy dodatki, które potem zaaranżowaliśmy 🙂 Chcecie wiedzieć ile wydaliśmy? 🙂 Nie powiem, bo ci co za samych desinerów płacą 800 zł by mnie udusili 🙂 No dobra, ok. 250zł. My poznaniacy gospodarzymi pieniedzmi prawidłowo 😀

Książkę na życzenia zamówiliśmy przez internet, ale na 2 tygodnie przed okazało się, że nie ma takiego drewna na okładkę, które chcieliśmy. Wybraliśmy zamiennik i książka doszła na 3 dni przed ślubem. Zaproszenia też z internetu. Dekoracje kwiatowe były skromne, bo staraliśmy się już na koniec nie wychodzić poza budżet, który i tak przekroczyliśmy dwukrotnie niż planowaliśmy (głownie przez zmianę lokalu).

Sukienka

Z internetu. Nie róbcie tego! Błąd! Przyszła za późno i nie było czasu na wszystkie poprawki. Ale za to nie była droga 😀

Obrączki

Pierścionki to tradycyjne obrączki z Hawajów (Koa wood i australijski opal) i stamtąd też przyleciały. Niestety nie trafiliśmy z rozmiarem i musieliśmy je odesłać i poczekać na nowe. W tym czasie na Oahu wybuchł wulkan i ewakuowano część wyspy. Wysyłka nowych obrączek się przeciągnęła. Potem zostały zatrzymane na cle w Poznaniu, gdzie spędziliśmy 4h oby je wyciągnąć, bo zaadresowane były na Edgara i tu małe móżdżki tłuściutkich urzędników zaczęły się przepalać.

Tort

Wybór tortu wcale nie jest taki łatwy. Najpierw szukaliśmy w tradycyjnych sieciówkach, jak Elite czy Gruszecki. Tamtejsze torty to jeden wielki, słodki krem, a tort na 50 osób to koszt prawie 1000 zł. Połowa mojej pensji. 🙂 Szukaliśmy osoby która zrobiła by tort z ozdobami w stylu meksykańskim. Miała to być niespodzianka. Nie łatwo znaleźć utalentowaną osobę. Większość cukierni stawia na naked cake bo to najprostsza forma. Fajnie wygląda, ale to nie to co chcieliśmy. Po nitce do kłębka trafiliśmy na Panią Alinę, którą z całym sercem polecam. Prawdziwa pasjonatka i artystka. Spędziłyśmy na telefonie dobrą godzinę rozmawiając o projekcie i pomysłach. Co ważne torty Pani Aliny nie tylko są piękne, ale też bardzo smaczne. Nasz tort nie był typowy, bo nie był biały. 

Co sądzicie?

 

DJ, Fotograf i inne drobiazgi

Nie wyobrażałam sobie ile drobnych elementów trzeba zaplanować. Przed rozpoczęciem procesu organizacyjnego wydawało mi się, że to tylko USC, sala, menu, sukienka i fotograf. Okazało się, że jest tego dużo więcej i kiedy już się cieszyliśmy, że wszystko załatwione wychodziło nowe. A to DJ, playlista (co by discopolo uniknąć), rozlokowanie gości przy stołach (o to w moim przypadku wcale nie było taki łatwe 🙂 ), zakaz tych głupich gier weselnych, rozsyłanie zaproszeń, itp. Do niedawna zastanawiałam się dlaczego śluby planuję się aż rok lub dwa. Teraz już wiem 😀 😀

Goście

Rodzina Edgara jest z Meksyku, ale część mieszka w Hiszpanii, Kanadzie, siostra z rodziną w Anglii. Martwiliśmy się czy będą w stanie przyjechać. Oczywiście plan był taki, że priorytetowo organizujemy najbliższą rodzinę, czyli rodziców i rodzeństwo z rodzinami. Chodziło głownie o logistykę.

Tak się złożyło, że kiedy Edgar zadzwonił do mamy z radosną nowiną w domu było akurat małe przyjecie rodzinne i nagle z zaproszonych rodziców, zaproszona została cała rodzina 😀 😀 Nie do końca był to nasz plan, ale pokazuje to w dość zabawny sposób kulturę, która nam jest zupełnie obca. W Polsce jak wiemy, na wesele przychodzi ściśle określona grupa osób, zaproszona oficjalnym zaproszeniem na papierze 😀 W Meksyku na ślub przychodzi każdy kto chce. I tam mam to sens, bo każdy z gości partycypuje w kosztach przynosząc coś na wesele. U nas wiadomo, że koszty spadają na rodziców i taki system nie przejdzie, więc jak bardzo byśmy chcieli zaprosić wszystkich to po prostu tak to nie działa.

Oczywiście nie do końca wierzyliśmy, że wszyscy się zorganizują. Założyliśmy liczbę gości na 40 osób, bo na tyle nas było stać. I czekaliśmy na potwierdzenia z zagranicy. Musieliśmy wiedzieć ile osób faktycznie przyleci. Znając już liczbę gości Edgara mogłam zacząć robić listę swoich gości. Ze względu na budżet (jak to zazwyczaj bywa) lista była bardzo okrojona, do najbliższej rodziny i kilku znajomych.

Teraz tak sobie myślę, że chyba to też jest powód dlaczego śluby planuje się z 2,3 letnim wyprzedzeniem. Trzeba jakoś zaoszczędzić pieniądze. Nam pomogli finansowo moim rodzice, za co jestem ogromnie wdzięczna. Bez tego wsparcia trudno nam byłoby cokolwiek zorganizować. 🙂

Ślub dwujęzyczny

Moja rodzina mówi głownie po rosyjsku, niemiecku, angielsku i oczywiście po polsku. Rodzina Edgara właściwie tylko po hiszpańsku, z małymi wyjątkami na język angielski. Jak się porozumieć? Początek był dość zabawny, my pojechaliśmy na koncert Bruno Mars i odbiór gości z lotniska spadł na mamę, Pawła i moją siostrę. Pierwsza była rodzina z Hiszpanii z dwoma nastoletnimi synami mówiącymi trochę po angielsku, więc jakoś dali sobie radę 🙂 Resztę odbieraliśmy już my.  Większość gości przeleciała na ok. 3 dni przed ślubem.

Aby przełamać lody  przez te kilka dni zorganizowaliśmy grilla w ogródku, zwiedzanie miasta, wyjścia do restauracji, itp. Początkowo Edgar i ja byliśmy tłumaczami. Czyli ja tłumaczyłam z polskiego na angielski, a on z angielskiego na hiszpański. Lub odwrotnie 🙂 Mind-blow 🙂 Po tym iście wyczerpującym doświadczeniu postanowiłam nauczyć się hiszpańskiego 🙂

Po jakimś czasie pokazaliśmy wszystkim jak działa aplikacja Translator i od tej chwili nasze życie stało się choć trochę łatwiejsze 🙂 Wiele było przy tym śmiechu i zabawy, ale wiecie Translator nie zawsze odda to co chcesz powiedzieć.

Transport

Na koniec przyszło nam się mierzyć z problemem transportu. A jakże. Nie może być za łatwo. Oczywiście goście z Polski się zorganizowali i tym bardzo nam ułatwili życie. Niemniej musieliśmy zorganizować transport dla bodajże 16 osób.  I tak naprawdę nie był by z tym żaden problem, kwestia 2 telefonów, ale nasi goście z zagranicy  obiecali, że sami wszystko zorganizują i my nie musimy się martwić. Błąd! 😀 Organizujesz swój ślub? Ktoś nie ma transportu? Bierzesz od takiego delikwenta kartę kredytową i załatwiasz transport. I tak trzeba było zrobić. Ufanie, że ktoś coś sobie sam załatwi wystawiło moją i nie tylko moją cierpliwość na próbę. Gdyby nie fakt, że to rodzina mojego przyszłego męża machnęła bym ręką i tyle. Nie załatwili, nie jadą. No ale to w końcu rodzina 🙂 I tak, w DNIU ŚLUBU Paweł załatwiał samochody, którymi goście pojechali do Kórnika.

Wydaje się zabawne? Niestety nie było nam do śmiechu. A najbardziej było mi żal Edgara, który do ostatniej godziny stresował się czy jego rodzina będzie na weselu czy nie.

Ceremonia

Ceremonia odbyła się w Zamku w Kórniku i była piękna. Niestety nie nagrała się z dźwiękiem, bo zapomniałam wyciągnąć kamerę z obudowy wodoszczelnej 😀 Ponoć jak nie ma wpadek to będzie się miało pecha. To chyba można zaliczyć jako wpadkę 😀

Od samego początku towarzyszyła nam nasza tłumaczka Joanna Majewska-Paul, która była z nami w sądzie, w USC na podpisaniu dokumentów, a potem na samej ceremonii. Zgodnie z prawem tłumacz musi być obecny, żeby Edgar wiedział co podpisuje. Inaczej po kilku miesiącach mógłby powiedzieć, że nic nie rozumiał i właściwie to się chce wypisać 😀

Zabawa

Zgodnie z tradycją było powitanie chlebem i solą, zbijanie kieliszków, które nie do końca nam wyszło z pierwszym razem, 🙂  pierwszy taniec (który zaimprowizowaliśmy, bo nie było czasu na lekcje wymyślnego układu), życzenia i prezenty, krótka sesja fotograficzna, no i zabawa.

Jakimś magicznym sposobem czas galopował szybciej niż zwykle i te kilka godzin upłynęło jakby w kilka minut. Teraz rozumiem dlaczego tradycyjne śluby trwają 3 dni 🙂

Rodzinnie: z siostrą, bliźniaczką 🙂 i z tatą. 

Rodzinnie: z tatą i moimi pięknymi dziewczynami: siostrą i kuzynkami, Pauliną i Martyną 

#girlpower

Sesja zdjęciowa

Sesja zdjęciowa, która miała być taka romantyczno-eteryczna. 😀 Trochę nam nie wyszło, ale ciężko jest udawać emocje przed obiektywem. I chyba to trochę sztuczne, więc jest na wesoło 🙂 Też jest spoko, moim zdaniem 🙂

Porady i pytania

Nie powiem, że jestem ekspertem w dziedzinie wesel, ale na pewno wiem więcej niż każdy kto robi to po raz pierwszy. My dodatkowo pobiliśmy rekord prędkości. Dlatego jeśli coś ci się spodobało, dekoracje, obrączki, daj znać. Chętnie pomogę, doradzę 🙂